W pogoni za rekordami – maraton w Berlinie

   Berlin jest szybki. Bardzo szybki. A w zasadzie najszybszy ! Bo to właśnie tutaj od 1998 roku ustanowiono 12 rekordów świata w maratonie kobiet (3) i mężczyzn (9). To głównie dzięki berlińskiej trasie maratonu, która jest szeroka, płaska jak stół i z małą liczbą zakrętów. No i te niemal już kultowe, ostatnie 195 metrów maratonu, ze znacznikiem 42 km w Bramie Brandenburskiej. Poza tym, w końcu września, gdy rozgrywany jest maraton w Berlinie panuje tu zazwyczaj ładna pogoda i padają tam nie tylko rekordy świata, ale także – każdego roku – całe mnóstwo rekordów życiowych uczestników tego maratonu. Dlatego wszyscy biegacze ciągną do Berlina, jak… pszczoły do miodu. 😊

   Dlatego w 2006 roku również i ja podążyłem do Berlina, gdzie miałem pobiec mój trzeci i najlepszy jak dotąd maraton. Bogatszy o doświadczenia z biegów w Warszawie i Wiedniu, chciałem właśnie w Berlinie połamać  owe „mityczne” cztery godziny. Organizatorzy liczyli też po cichu, że z kilkuletnim już rekordem Kenijczyka Paula Tergata rozprawi się ówczesna, główna gwiazda 33-go Real- Berlin Maratonu, czyli Etiopczyk Haile Gebreselassie, wielokrotny mistrz olimpijski i multirekordzista świata na średnich i długich dystansach. Z kolei, ja – jako jeden z uczestników tego biegu – miałem nadzieję, że biegnący na czele Etiopczyk wraz z całą plejadą długonogich Kenijczyków pociągną wielotysięczną rzeszę biegaczy do ich nowych rekordów życiowych. A wśród nich i mnie.

   Wyznam szczerze, że trochę się obawiałem biegu w tłumie ponad 30 tys. ludzi, którzy mieli wystartować w tym samym czasie, z jednego miejsca na jednej ulicy ! Jak to wszystko ogarnąć, jak się rozebrać, gdzie zostawić ciuchy, jak dotrzeć na start ? Czy będzie wystarczająca liczba toalet ? A co będzie, jak to całe bractwo nagle ruszy i dajmy na to, ktoś niechcący się przewróci ? Dziesiątki podobnych pytań kłębiło się w mojej głowie, w czasie bezsennej nocy poprzedzającej start.

   Znacznie mniej wątpliwości miałem odnośnie mojej strategii biegu. Pierwszą połowę miałem pobiec zdecydowanie szybciej niż w Wiedniu (czyli zdecydowanie poniżej 2 godzin), tak aby wypracować sobie jak największą „nadróbkę”  po to, że nawet jak wpadnę na…ścianę po 32 km, to i tak powinienem skończyć poniżej 4 godzin. W końcu byłem teraz dużo lepiej przygotowany, a mój biegowy licznik pokazywał już prawie 1400 kilometrów przebiegniętych w ciągu ostatnich ośmiu miesięcy. Chodziło też o to, aby przebiec możliwie najdłuższą część dystansu do południa (czyli w ciągu pierwszych 3 godzin), bo potem miało być już naprawdę gorąco. Prognoza pogody dla Berlina przewidywała bezchmurne niebo i temperaturę w okolicach 28 stopni (!), a to nie tylko dla mnie było stanowczo za dużo.

   Ku mojemu zaskoczeniu, nie było żadnych problemów z dotarciem do zamkniętej (tylko dla uczestników) strefy zero, podobnie jak z odnalezieniem właściwej – dla danego numeru startowego – ciężarówki na pozostawienie worka z ubraniem. Toalet było tyle co trzeba, a wejście do wyznaczonego miejsca startu ułatwiał zastosowany przez organizatorów podział wszystkich uczestników na sektory według ich rekordów życiowych. Wystarczyło spojrzeć na swój numer startowy dodatkowo oznaczony stosowną literą by bez trudu trafić do właściwego sektora, czyli do grona teoretycznie równych sobie biegaczy. W efekcie, nikt się pchał, niepotrzebnie nie tłoczył, a przedstartowe „upakowanie” na jednej ulicy ponad 30 tys. uczestników zajęło w sumie, niecałe 50 minut. Mało tego, na pół godziny przed startem rozpoczęła się jeszcze przedbiegowa gimnastyka w rytm głośnej muzyki i z ćwiczeniami prezentowanymi przez ładne fitness-animatorki na specjalnie wzniesionej w tym celu platformie. Jak już się gęstniejące z minuty na minutę towarzystwo trochę rozgrzało, nadszedł moment skupienia. Wtedy z wielkich głośników zawieszonych na drzewach popłynęły takty muzyki z filmu „Rydwany Ognia”, a w górę do niewiarygodnie błękitnego, berlińskiego nieba pofrunęły tysiące żółtych balonów. Chwilę później, spiker ogłosił: one minute to start! Wreszcie padł strzał startera i podzieleni na sektory biegacze, ruszyli w 2-minutowych odstępach – najpierw elita i sektory: A, B. Po nich następne. Nikt się nie pchał, nie przewracał. Linię startu przekroczyłem osiem minut po Haile Gebreselassie.

Ostatnie minuty przed startem

   Od samego początku po obu stronach trasy stały szpalery kibiców. Bardzo wymyślne stroje oraz dopingowe akcesoria wskazywały, że niektórzy z nich musieli się bardzo starannie przygotowywać do tego maratonu… Powiewające w tłumie flagi pochodziły ze wszystkich kontynentów (ostatecznie w maratonie wystartowali przedstawiciele 109 narodowości, w tym około 200-tu Polaków). Pierwsze dziesięć kilometrów biegu przeleciało dość szybko, choć nie najszersze – jeszcze wówczas – ulice północnej części centrum Berlina z trudem mieściły wielotysięczną rzeszę maratończyków. Miejscami było tak ciasno, że aby utrzymać założone tempo biegu musiałem wbiegać na chodnik i lawirować między kibicami. Nieco szerzej i trochę luźniej zrobiło się w okolicach Alexanderplatz oraz wieży telewizyjnej w dawnym Berlinie wschodnim. Niestety, cały czas trzeba było mocno uważać, bo teraz jest to jeden wielki plac budowy, z przewężeniami ulic, prowizorycznymi kładkami dla pieszych, itd. Rozlokowane co pięć kilometrów elektroniczne tablice z oficjalnym pomiarem czasu pozwalały kontrolować na bieżąco prędkość biegu. Na tym etapie byłem zadowolony – pierwsza „piątka” w 27 minut, druga w niecałe 28, czyli 10 km w zakładanym czasie 54-55 minut. Tak miało być ! 😊

    Temperatura była jeszcze znośna, więc nie obawiałem się zanadto kolejnych kilometrów, zwłaszcza, że nic mi specjalnie mi dolegało – w nogach żadnych „błądzących” bóli, płuca też w porządku. Ani śladu kolki. Powinno być nieźle, choć trochę niepokoiło mnie tętno, którego nie mogłem w żaden sposób ustabilizować poniżej 165 uderzeń/minutę mimo, że biegając w podobnym tempie na treningach bez problemu utrzymywałem tętno na poziomie ok. 145 uderzeń serca na minutę. Ale tłumaczyłem sobie, że co innego trening, a co innego start w zawodach (i do tego jeszcze w takich!), gdzie już tylko z samej ekscytacji i startowej gorączki serce waliło jak młot.

Gdzieś na dwudziestym którymś kilometrze. Jeszcze mam siłę 🙂

   Gdzieś na 18-tym kilometrze wbiegliśmy do Kreuzbergu, czyli artystycznej dzielnicy Berlina. Jak również najbardziej kosmopolitycznej, z uwagi na liczne rzesze mieszkańców o ciemniejszej karnacji skóry… No cóż, świat się globalizuje, a dzisiejszy Berlin to miasto otwarte, nowoczesne i tolerancyjne dla przybyszów z całego świata. I rzeczywiście, za sprawą specyficznej atmosfery tej dzielnicy, na trasie zrobiło się bardziej kolorowo i muzykalnie. Chyba co kilometr grały rytmicznie afrykańskie bądź brazylijskie bębny lub też zespoły jazzowe. Kibice świetnie się bawili i tańczyli, robiąc ogromny rwetes, ilekroć w tłumie biegnących maratończyków pokazał się jakiś interesujący „przebieraniec”.  Nawet nie zauważyłem, gdy dobiegliśmy do 20 kilometra, gdzie po raz kolejny skontrolowałem swój czas. Mijała 1 godzina i 52 minuta od startu, czyli nadal tak jak miało być ! To ponad 4 minuty szybciej niż w Wiedniu, chociaż moje tempo już nieco spadało – do prawie 29 minut na kolejnej „piątce” (15-20 km). Mimo tego, czas pierwszej „połówki”  był taki jak zakładałem, czyli poniżej 2 godzin. Ulokowana przy wjeździe na Grunewaldstrasse tablica z pomiarem czasu pokazała dokładnie 1:58 godz., gdy przebiegałem przez rozłożoną na jezdni matę pomiaru.   

   Wbiegając w całkiem niezłej wciąż dyspozycji do kolejnej, berlińskiej dzielnicy Schoneberg rozpocząłem drugą połowę dystansu. Nie zwalniając, wypiłem drugi – z czterech – bidoników z izotonikiem i pomyślałem: jest dobrze ! Chociaż nadal biegłem w gęstym tłumie biegaczy to miałem nadzieję, że teraz z każdym, przebiegniętym kilometrem zacznie się nieco rozluźniać. W każdym razie, punkty odświeżania udawało mi się ciągle jeszcze omijać z daleka. Ale już chyba niedługo, bo temperatura powietrza dramatycznie szybko rosła. W związku z tym, zmodyfikowałem nieco taktykę biegu, wybierając nie tyle „ścinanie” wszelkich łuków i zakrętów (aby nie nakładać dodatkowych metrów), ile podążając śladem…cienia, czyli nie nasłonecznioną stroną trasy, tam gdzie to było oczywiście możliwe. Biegłem też śladem dwóch starszych ode mnie zawodników w koszulkach New York City Maraton 2001, którzy biegli dość równym tempem. Ponieważ to tempo mi odpowiadało, a z wyglądu uznałem ich za profesjonalistów, „przykleiłem” się i tak sobie biegliśmy, pokonując snadnie kolejne kilometry trasy. W pewnej chwili pomyślałem o spotkanej rano w metrze Francuzce, z którą jechałem na start. Ciekawe, jak daleko była teraz przede mną ? Tak na oko, miała ponad 50 lat, ale rekord życiowy w maratonie na poziomie 3 godzin 10 minut ! Dzisiaj był to jej 23 maraton, a biega tylko 2 maratony w roku…Więc zaczęła jakieś 11 lat temu. W Berlinie biegła po raz pierwszy, natomiast w Nowym Jorku ma zamiar pobiec w 2007 roku. Pochodziła z Paryża – mojego ulubionego miasta, gdzie z kolei ja planuję pobiec swój następny maraton.

Na maratonie w Berlinie w 2006 roku na tle słynnej ściany marzeń 🙂

   Z tych rozważań wyrwała mnie tablica z pomiarem czasu na 25 kilometrze, z której wynikało, że moi nowojorscy pacemakerzy znacznie zwolnili i kolejną „piątkę” (20-25 km) pokonaliśmy już w czasie 30 minut. Niewątpliwie dlatego, że robiło się coraz cieplej. Było to również widać po szybko rosnącej liczbie…maszerujących uczestników biegu. Zaczynały się też pierwsze zasłabnięcia. Dosłownie na moich oczach, jedną dziewczynę o wyglądzie duńskiej (chyba najliczniej reprezentowana po Niemcach, nacja) profesjonalistki, złapało w ostatniej chwili pod ramiona dwóch najbliższych jej biegaczy i doprowadziło do namiotu medycznego, które to namioty od 25 km stały już co kilometr. W każdym był lekarz, pielęgniarze, masażyści oraz aparaty tlenowe. Łyknąłem swój trzeci bidonik, ale nie na wiele się to zdało. Teraz zmęczenie narastało błyskawicznie. Dochodziło południe i żar lał się z nieba, a ja miałem jeszcze 5 km do trzydziestki ! Moje tętno skoczyło powyżej 175 BPM i szybko  zacząłem się rozglądać za kolejnym punktem odświeżania, a raczej…polewania wodą. Czułem bowiem, że jak się zaraz nie poleję, to będę ugotowany „na miękko”, a kilometr dalej może już „na twardo”, czyli że po prostu stanę. Chociaż wciąż jeszcze biegłem, nie było już jednak mowy o utrzymaniu dotychczasowego tempa ! Musiałem zwolnić, jeśli w ogóle chciałem dotrzeć do mety. Wprawdzie nadal, nic konkretnego mi nie dolegało (ani kolka, ani skurcze mięśni, itp.), niemniej czułem, że słabnę z każdym kilometrem. A przecież punkt krytyczny dystansu, gdzie jak mawiają bardziej doświadczeni ode mnie maratończycy: „odcina prąd i gaśnie światło” (a więc, gdzieś po 32 kilometrze) był wciąż daleko przede mną. Na kolejnych kilometrach czułem już wyraźnie, że zaczynają się owe legendarne… schody, chociaż prowadząca do dzielnicy Steglitz – Wiesbadenerstrasse trasa była akurat płaska jak stół. Dobijała mnie w dodatku świadomość, że Haile Gebreselassie  był już zapewne na mecie, mając już ten bieg w upale z głowy. Chociaż pewnie dla niego, była to raczej zimowa temperatura z Etiopii, skąd wielki mistrz pochodzi.

   Pełen narastających obaw ciągnąłem dalej, chociaż kibice po obu stronach trasy robili wszystko by wszystkim „cierpiętnikom” dodawać otuchy. Sam też próbowałem się jeszcze zmotywować. Przypomniałem sobie na przykład, że w okolicy 28-29 kilometra miała występować kapela z brazylijskimi tancerkami, więc muszę być tam jeszcze na chodzie, czyli… w biegu. Gdzieś zgubiłem swoich nowojorskich pacemakerów, ale i tak biegłem już tylko pod własne tętno, które starałem się za wszelką cenę obniżyć – dużo wolniejszym biegiem i zaliczaniem kolejnych punktów polewania wodą ! Mimo to, dłuższe zejście poniżej 180 uderzeń/minutę stawało się coraz trudniejsze. Poza tym, zaczęły mnie boleć stopy i otarta kostka w lewym bucie. Było już tak gorąco, że polewanie wodą starczało zaledwie na 2-3 minuty biegu. Po takim czasie, moja koszulka była znowu sucha jak pieprz.

    Powoli wracaliśmy do ścisłego centrum Berlina, toteż tłumy kibiców po obu stronach trasy gęstniały, a doping był coraz głośniejszy. Kolejne niemiecko-brazylijskie tancerki tylko na moment podniosły na duchu coraz bardziej wyczerpanych maratończyków, tłumnie zaliczających każdy kolejny punkt odświeżania i pozostawiających po sobie niemiłosierne śmietnisko jednorazowych kubków, skórek od bananów, pomarańczy, tudzież pogubionych gąbek (w trosce o środowisko, organizatorzy dawali każdemu uczestnikowi tylko jedną gąbkę na całą trasę). Wszystko zalane wodą ze strażackich wozów, którą wprost z sikawek polewano biegnących. Po jednej z takich, „życiodajnych” kąpieli padła moja komórka, uniemożliwiając kontakt z moimi kibicami (mieli mi podać bidon na 37 km) oraz dalsze słuchanie własnej muzyki. Wprawdzie walczyłem jeszcze o jak najlepszy czas, ale „połamanie” 4 godzin stawało się coraz bardziej problematyczne. Ale nie tylko dla mnie, gdyż większość zdążających ku mecie zawodników wykazywało objawy skrajnego wyczerpania.

   Gdy wreszcie dotarłem do 30 km było już jasne, że marzenia o dobrym wyniku odpłynęły w siną dal. Z czasem 2:53 godz. mogłem co najwyżej powalczyć o rezultat zbliżony do mojej życiówki z Wiednia (czyli 4:08). I to pod warunkiem, że po „30-stce” nie zderzę się ze… ścianą. Tymczasem w szpalerze kibiców wbiegliśmy na główny deptak Berlina, czyli na słynny Kurfurstendamm, w skrócie K’dam. Pamiętałem z mapy, że bieg tą ulicą będzie miał około 2 km i w okolicy dworca ZOO powinna się pojawić tablica z 34 kilometrem. Resztką szybko topniejącej siły woli, obiecałem sobie, że do tego miejsca nie zwolnię nawet na moment. Przez moment poczułem się nawet trochę lepiej i chciałem pociągnąć jeszcze z kilometr, ale dokładnie na 34-tym rozwiązał mi się but i stanąć już musiałem. Po dłuższej chwili wolniutko ruszyłem i jakoś dotarłem do 35 kilometra, gdzie czekała kolejna porcja zimnej wody dla ochłody wprost ze strażackiego węża. Niestety, byłem już tylko cieniem biegacza, który ponad trzy godziny wcześniej ruszał na trasę berlińskiego maratonu.

Afrykański upał na maratonie stawał się coraz większy…

    Upał był już niemiłosierny, a moje bieganie „za cieniem” niewiele pomagało. Po pierwsze dlatego, że gdy na 36 km skręciliśmy w szeroką Potsdamer Strasse tego cienia już praktycznie tam nie było, a po drugie byłem już tak zmęczony,  że nie miałem siły nakładać drogi, aby biec skrajem trasy, gdzie akurat wyrastał cień jakiegoś budynku. Modliłem się tylko, żeby moi kibice zdążyli dotrzeć na Potsdamer Platz, czyli gdzieś na 38 kilometr z bidonem mojego izotoniku. Na szczęście zdążyli, więc kolejny kawałek trasy pokonywałem popijając życiodajny płyn. Z pięknego i nowoczesnego Potsdamer Platz, gdzie kiedyś przebiegał berliński mur, po którego wschodniej NRD-owskiej stronie było śmiercionośne pole minowe wbiegliśmy na długą Leipziger Strasse. Pamiętałem z mapy maratonu, że na końcu tej ulicy powinien być już 40 km, czyli prawie finisz ! Zacząłem w myślach analizować bieg i zastanawiać się, gdzie popełniłem błędy. Chciałem choć na chwilę, oderwać myśli od morderczej końcówki biegu licząc po cichu, że te rozważania zajmą mi jakieś…pół kilometra. Niestety, zamiast analizować przyczyny swojej słabości, zacząłem się znowu rozglądać za wodą „strażacką”. Upał nie miał litości, a przede mną  – i na szczęście również za mną ! – podążała w tym samym kierunku, niekończąca się kolorowa rzeka udręczonych tym upałem uczestników maratonu.

   Zajęty wypatrywaniem kolejnego wodopoju nawet nie zauważyłem oznaczenia 40-go kilometra, kiedy dość szerokim łukiem skręciliśmy w finiszową aleję Unter den Linden. Niektórym jakby nagle sił przybyło i „kosili” zakręt przez wysepkę autobusową oraz trawnik. Czuć już było… zapach mety do której pozostawało jeszcze około 1,5 kilometra, a po obu stronach reprezentacyjnej alei Berlina nie można było wetknąć nawet szpilki. Wszędzie tłumy kibiców. Kątem oka zarejestrowałem pod gmachem opery, jakąś sześćdziesiątą którąś już kapelę, tym razem autentycznie rodem z Brazylii. Próbowałem dostosować swoje kroki do rytmicznie grających bębnów. Zadziałało. Poza tym, majaczyła już w oddali Brama Brandenburska, skąd do mety było już tylko, sakramentalne 195 metrów ! Spojrzałem rutynowo na zegarek. Cztery godziny od startu „pękły” gdzieś w okolicach „40-tki”, więc śpieszyć się już nie musiałem. Nie było po co. Trudno, jeszcze nie tym razem…

   Na końcowych metrach maratonu postanowiłem skupić się bardziej na doznaniach estetycznych, czyli wiwatujących wokół tłumach oraz samym przebiegnięciu pod słynną Bramą Brandenburską, co chyba dla każdego z ponad 30 tys. finiszujących w tym biegu było ekscytującym przeżyciem. Niektórzy, jak mówili, właśnie po to tu przyjechali !  🙂 Dlatego ostatnie 195 metrów za Bramą Brandenburską pokonywałem wolnym truchtem, aby jak najdłużej cieszyć się tą chwilą dla szczęśliwych zwycięzców – kończących maraton, obserwowanych na wielkich telebimach oraz przez tłumy kibiców na trybunach ustawionych po obu stronach finiszowych 195 metrów. To właśnie dla takich chwil, człowiekowi chce się później biegać – w deszczu i na mrozie, w zimnie i w upale, jesienią i zimą, gdy na dworze jest zimno, ciemno i ponuro, tak, że psa by z domu nie wygonił…

   33 edycję maratonu berlińskiego wygrał faworyt, czyli Haile Gebreselassie z Etiopii w czasie 2:05:56, a więc o minutę gorszym od ówczesnego rekordu świata wspomnianego Paula Tergata. Wśród kobiet wygrała także Etiopka – Gete Wami w czasie 2:21:34, a trzecia była nasza Monika Drybulska z Poznania z wynikiem 2:30:12. Kiedy wielki Haile kończył, ja byłem dopiero gdzieś na 22-23 kilometrze. Mimo to mogę dumnie stwierdzić, że biegłem w jednym biegu z wielokrotnym mistrzem olimpijskim, mistrzem i rekordzistą świata, który swój pierwszy maraton w życiu przebiegł w wieku 15 lat, w czasie zaledwie 2 godzin 48 minut ! Ja swój pierwszy zaliczyłem mając skończone 44 lata, z trudem osiągając metę po 4 godzinach 49 minutach.

Organizacja maratonu była perfekcyjna

   Co zapamiętam z tego maratonu w Berlinie ? Przede wszystkim perfekcyjną organizację całej imprezy i tłumy kibiców na ulicach, których jak podali później organizatorzy, było ponad milion ! Zapamiętam też, dziesiątki zespołów muzycznych grających na kolejnych kilometrach trasy i narastający upał, który wykończył większość biegaczy, w tym również i mnie. Jak się potem okazało, był to najgorętszy (w południe temperatura dochodziła do 29-30*C – 24 września !) maraton w Berlinie ze wszystkich dotychczasowych edycji. Ale najbardziej, zapamiętam ostatnie pięć minut przed startem, gdy ponad tłum 32 tys. biegaczy pofrunęło w górę parę tysięcy żółtych balonów, a z głośników popłynęły takty muzyki z „Rydwanów ognia”. Wrażenie godne zapamiętania na resztę życia, nawet za cenę kilkugodzinnej mordęgi w obezwładniającym upale.

                                             

                                                                                               Krzysztof Szwedzik – Berlin marathon 2006

Ps. Po siedemnastu latach w 2023 roku pobiegłem maraton w Berlinie po raz drugi. Niestety, ponownie trafiłem na afrykański upał i nie udało mi się poprawić pierwszego wyniku. Poza tym, organizacja samego maratonu była już perfekcyjna, atmosfera biegowego święta jeszcze lepsza, a tłumy kibiców na trasie jeszcze większe, niż w 2006 roku. Nie zmieniło się tylko jedno – fantastyczne, ostatnie 195 metrów maratonu za Bramą Brandenburską ! Gorąco polecam… 😊

                

Przewijanie do góry