Po wczorajszym „ściganiu” z gołdapianami dzisiaj nie miałem zupełnie ochoty na szybkie bieganie. Postanowiłem więc podążać wolno i roztropnie, po to, aby zużyć jak najmniej energii, której jak czuję powoli mi zaczyna brakować. W końcu to już 24-ty dzień tego nieprzerwanego biegu i ponad 600 km w nogach.
Ruszyłem, tak jak postanowiłem – czyli wolno. Pogoda była całkiem ładna, więc sądziłem, że będzie to etap bez specjalnej historii, w dodatku po raz pierwszy bez kurtki oraz rękawiczek. Tylko droga na Banie Mazurskie była dziurawa jak sito i co jakiś czas płynęła nią woda, bo śniegi zaczęły już topnieć. Niestety był to również jeden z najdłuższych etapów „Mazury-Tour” (27,1 km), więc nie byłem rano w specjalnie dobrym nastroju. Intuicyjnie czułem, że będzie ciężko. I było. Już po pierwszych kilku kilometrach ogarnęło mnie jakieś znużenie i zniechęcenie. Niby słońce wychodziło zza chmur i nie padało, droga była faktycznie w kiepskim stanie, ale za to mało uczęszczana. A mimo to, nie chciało mi się biec dalej i z dużym trudem pokonywałem kolejne kilometry. Nie pomagało tradycyjne już skubanie każdego etapu kawałek po kawałku. Dzisiaj nawet 5-kilometrowy kawałek był dla mnie stanowczo za długi. W dodatku, lewa noga znowu spuchła i bolała z każdym kilometrem coraz mocniej, co sprawiło, że w dość podłym nastroju jakoś dobrnąłem do końca pierwszej „dychy” (musiałem chyba gdzieś zgubić te słynne biegowe endorfiny…).
Zacząłem wreszcie się tłumaczyć sam przed sobą, że to jeszcze nie tragedia, że mam już prawo być zmęczony, że noga boli, ale jakoś ciągnę dalej, że kiedyś to znużenie codziennym, wielokilometrowym bieganiem musiało w końcu przyjść, itd. Przypomniałem sobie wtedy piękną sentencję, jaką wczoraj przeczytałem, a która brzmiała dokładnie tak: „W biegach długodystansowych jedynym przeciwnikiem, jakiego ma się do pokonania, jesteśmy my sami i to, jacy byliśmy wczoraj.” Tą świętą prawdę napisał nie kto inny, tylko sam Haruki Murakami, czyli najsłynniejszy pisarz wśród biegaczy. Postanowiłem więc na kolejnych kilometrach pokonywać tego mojego przeciwnika i nie poddawać się zwątpieniu. No bo w końcu, co mi innego zostało, jak tylko przebiec te pozostałe 400 km…
Odpędzając złe myśli przypomniałem sobie wczorajszy, szybki bieg z „gołdapianami”. Pamiętam, że rozmawialiśmy wtedy także o ultramaratońskim bieganiu, gdyż zacząłem się poważnie zastanawiać, czy jak w ciągu 23 dni pokonałem ponad 600 kilometrów to już jestem ultramaratończykiem, czy jeszcze nie? Ale Marek wyprowadził mnie z błędu, wyjaśniając, że dopiero jak przebiegnę 100 km za jednym razem, to będę mógł sobie zasłużyć na takie miano. Czyli muszę jeszcze długo poczekać, bo na razie wystarczy mi obecna liczba kilometrów i nie planuję zaliczania słynnej „stówy”. Nawet nie wiem, jakbym się miał do tego zabrać! Choć w przyszłości, kto wie? Może się kiedyś zdecyduję.
Banie Mazurskie to był mój kolejny faworyt na liście nazw mazurskich miejscowości, kiedy układałem trasę całego biegu. Zastanawiałem się, jak może w rzeczywistości wyglądać miejscowość o tak wdzięcznej nazwie ? Czy jest ładna, czy brzydka ? Dzisiaj ją zobaczyłem i powiem, że jest trochę… dziwna, bo jakoś tak dziwnie rozrzucona. Nic specjalnego tam nie widziałem, poza żabą, która zwyczajnie siedziała sobie na środku asfaltu, którym biegłem i patrzyła na mnie swoimi, żabimi oczami. Poczekaj tylko! – pomyślałem sobie – jak się szybko nie schowasz to skończysz w brzuchu, któregoś z tych skrzydlatych, białych „potworów” z czerwonymi dziobami krążących po okolicy w coraz większej liczbie, bo wiosna nawet tutaj już naprawdę przyszła! Czuć ją dosłownie w powietrzu oraz widać na drodze zalewanej wodami z topniejących pól. Dzisiaj musiałem ciągle przeskakiwać takie rwące drogowymi koleinami potoki, a i tak na koniec miałem mokre buty. Również dlatego, że po 20-tym kilometrze zaczął padać deszcz i chcąc nie chcąc, trzeba było znowu nałożyć kurtkę. Specjalnie mnie to nie zdziwiło, gdyż zaliczyłem już w czasie „Mazury Tour” wielokrotne opady śniegu i śniegu z deszczem, więc dlaczego miałoby nie być deszczu ? Ponadto, jutro mają się też podobno pojawić pierwsze wiosenne burze ! Może wraz z nimi, poprawi się też mój nastrój, zwłaszcza, że jutro wracamy już na „stare śmiecie”, czyli do lasów zarządzanych przez olsztyńskich leśników.
