Maraton w stolicy Szwecji odbywa się zwykle w czerwcu, kiedy w Skandynawii powinny panować na ogół dość przyjemne warunki atmosferyczne do biegania maratonu. Tak też uważali jego organizatorzy. Ale niestety, nie sprawdziło się to, tamtego roku. Wówczas, na starcie o godz. 14:00 były 34 (!) stopnie ciepła. Na mecie około 18:00 było wciąż ponad 30 stopni. Co z tego wynikło, opisuję poniżej…
Maraton w Sztokholmie był na mojej, maratońskiej liście z kilku powodów. Po pierwsze dlatego, że jego finisz odbywa się na słynnym Stadionie Olimpijskim z 1912 roku, pod drugie dlatego, że noszę nazwisko, którego prawdopodobne korzenie nie trudno odgadnąć… (mały Szwed 😊), po trzecie dlatego, że słyszałem od wielu osób, że stolica Szwecji jest pięknie położonym, nadmorskim miastem, którego klimat znacznie odbiega od innych, europejskich stolic. Tutaj, miało być bardziej…sielankowo.😊I faktycznie było, ale najpierw był maraton.
Przed Sztokholmem ukończyłem już kilka maratonów, ale ani wtedy, ani tym bardziej wiele lat później nie spotkałem się ze startem maratonu o godz. 14:00, kiedy zwykle w ciągu dnia panuje największy upał. Ale widocznie organizatorzy sztokholmskiego maratonu mieli na ten temat inne zdanie, więc trochę się zdziwili gdy na 15 minut przed oficjalnym startem w strefach startowych nie było… praktycznie nikogo. Wszyscy uczestnicy chowali się w cieniu okolicznych drzew, bo upał o tej porze był nie do wytrzymania, nie mówiąc już o bieganiu w tych warunkach pogodowych maratonu w ogóle. Mimo to, punktualnie o 14-tej ruszyliśmy. „Zgasłem” w okolicy 12-go kilometra tego maratonu. Po prostu: „odcięło mi prąd i zgasło światło” – jak mawiają doświadczeni maratończycy. Ponieważ nigdy nie lubiłem biegać w upale, więc podejrzewam, że mój organizm wówczas się zbuntował i odmówił mi posłuszeństwa. Do tzw. „Ściany” po 32-33 km maratonu było jeszcze bardzo daleko, a ja już nie miałem siły biec dalej… A mimo tego, nie zszedłem wówczas z trasy sztokholmskiego maratonu i walczyłem dalej. Już nie o czas, ale o jego ukończenie w ogóle. Na końcówce byłem już tak „nieprzytomny”, że po wbiegnięciu na ww. Stadion Olimpijski w ogóle nie zauważyłem znacznika 42-go kilometra i byłem przekonany, że organizatorzy maratonu zapomnieli go postawić. Nie zapomnieli. Tylko ja go już nie zauważyłem gdyż był obok stadionowej bramy, skąd do mety było już tylko 195 metrów (w końcu, oficjalny dystans maratonu to dokładnie: 42,195 km).
Od tamtej pory uważam, że wyznaczanie sobie jakichkolwiek ram czasowych ukończenia maratonu nie ma większego sensu, gdyż tak naprawdę o konkretnym wyniku w danym dniu decyduje głównie – pogoda. I dotyczy to zarówno wyczynowego zawodnika biegnącego na 2:05 godziny, jak i debiutującego w maratonie amatora, marzącego o złamaniu 4 godzin. Po prostu, gdy jest za gorąco – czyli w maratonie to jest ponad 20 stopni – albo wieje zbyt silny, przeciwny wiatr to o upragnionych rezultatach możemy co najwyżej sobie pomarzyć.
Jestem tego pewien, gdyż tak się akurat złożyło, że przerabiałem to mojej maratońskiej karierze wielokrotnie. Nie da się zrobić Personal Best w maratonie, gdy jest 30 stopni ciepła. Należy postąpić, jak „zawodowcy” i odpuścić, ciesząc się jedynie ukończeniem kolejnego maratonu. Tyle przynajmniej wtedy zrozumiałem na mecie maratonu w Sztokholmie, gdzie po godzinie 18-tej wciąż było ponad 30 stopni.
