San Sebastian (albo inaczej… Donostia) to przepiękne miasto w północnej Hiszpanii położone w kraju Basków nad Zatoką Biskajską. Nie tylko nazwa miasta jest dwujęzyczna, gdyż poza hiszpańskim językiem urzędowym panuje tutaj – euskera – czyli rdzenny język Basków, niepodobny do żadnego, innego języka europejskiego. Miasto ma również swój maraton, którego malownicza trasa przebiega głównie nad samym morzem.

San Sebastian jest naprawdę bogate, między innymi dlatego, że nie płaci podatków dla hiszpańskiego rządu w Madrycie i cieszy się stosunkowo dużą autonomią. Turyści mogą się tutaj porozumiewać bez problemów po hiszpańsku, ale miejscowi rozmawiają ze sobą głównie w euskera. Bogactwo tego miasta widać dosłownie – w jego wspaniałej zabudowie niemal na każdej ulicy. Warto również dodać, że stolica kraju Basków ma najwięcej restauracji z gwiazdkami Michelin w całej Europie. I nic dziwnego, gdyż tutejsze jedzenie oparte głównie na owocach morza jest przepyszne, a baskijskie pintxos (czyli hiszpańskie tapas) to prawdziwe niebo w gębie.


Dlatego maratonu w San Sebastian nie można „odbębnić” jak…egzaminu na studiach. Tu trzeba po prostu trochę pobyć i nasycić się atmosferą tego miasta, gdzie bliskość morza czuć dosłownie wszędzie. Nie jest łatwo tutaj dotrzeć, bo najbliższe lotnisko znajduje się w Bilbao, skąd trzeba jechać autobusem około 2 godzin. Ale naprawdę warto, aby móc później delektować się nieprzeciętną urodą San Sebastian. Po ukończeniu maratonów w Barcelonie, Walencji i Sewilli, przyszła pora na „deszczową” stolicę Hiszpanii, czyli San Sebastian – miasto położone na północnym wybrzeżu Hiszpanii. W listopadzie pada tu prawie codziennie, ale ja miałem szczęście, bo akurat w dniu maratonu zaświeciło pełne słońce.
A sam maraton ? No cóż, nie był to jeden z najlepszych w Hiszpanii. Pojechałem do San Sebastian, aby zdobyć czwartą perłę w mojej „Koronie Maratonów Hiszpanii”. Mimo, że jest jednym z najmniejszych maratonów na półwyspie iberyjskim, nieporównywalnym (pod względem liczby uczestników) z wielkimi eventami biegowymi w Barcelonie, Madrycie, Sewilli, czy Walencji, to jego organizacja niestety daleko odbiegała od tych, wyżej wymienionych.
Poczynając od tego, że pół godziny przed startem nie wiadomo było, skąd dokładnie maraton startuje – nie było bowiem żadnych stref startowych, ani nawet… dokładnego miejsca startu. W efekcie, każdy – jak już znalazł miejsce startu maratonu – ustawiał się gdzie chciał. Poranna temperatura wynosiła około 10 stopni ciepła, trasa płaska, choć niebywale skomplikowana z mnóstwem zakrętów, rond i skrzyżowań. San Sebastian to przecież niewielkie miasto, a jeszcze do tego organizatorzy zdecydowali się połączyć start, aż 3 biegów – maratonu, półmaratonu i nieco wcześniej biegu na 10 km, czego efektów można się było domyślać. Totalny bałagan.
Później nie było wcale lepiej, bo oznaczenia trasy biegu – albo nie było w ogóle, albo była, tylko akurat nie tam gdzie biegnący się spodziewali, co było o tyle istotne, że na maratonie w San Sebastian tych zakrętów jest naprawdę sporo, a nie wszyscy uczestnicy zdołali wcześniej poznać topografię miasta. W dodatku, niektóre odcinki trasy się przecinały, co dodatkowo komplikowało cały maraton. Poza tym, na wielu punktach odżywczych zwyczajnie brakowało wody – zwłaszcza około południa gdy temperatura poszybowała do ponad 20 stopni. A wreszcie, ogromne kolejki uczestników po odbiór pakietów startowych, psuły atmosferę biegowego święta w tym pięknym, baskijskim mieście. W rezultacie, czwarty klejnot w mojej – Maratońskiej Koronie Hiszpanii (Las Seis Grandes) okazał się jak dla mnie najmniej okazały. Ale pozostały, jeszcze dwa – tzn. Madryt i Malaga. 😊
Summa summarum, udało mi się ten kolejny maraton w moim życiu ukończyć, choć nie w takim czasie, jaki wcześniej zakładałem. Na przeszkodzie stanęło… ciepło – jak zwykle w Hiszpanii – bałagan organizacyjny na trasie biegu oraz moje słabe przygotowanie i wyczerpanie organizmu po wcześniejszych maratonach (w ciągu kilku tygodni zaliczyłem maratony w Berlinie oraz w Amsterdamie). Mimo wszystko, maraton w San Sebastian wspominam mile, także dlatego, że byłem tam po raz pierwszy w życiu – na meczu piłkarskim hiszpańskiej „La Liga”, gdzie baskijski Real San Sebastian podejmował hiszpańską Sewillę FC. Wrażenia bezcenne… 😊

Ps. Według poznanego wcześniej kolegi – mieszkańca Kraju Basków, który zabrał nas na ten mecz – Real z San Sebastian, choćby nie wiadomo jak grał, może liczyć co najwyżej na czwarte miejsce w hiszpańskiej „La-Lidze” – po FC Barcelonie, Realu Madryt oraz Atletico Madryt. 😊
