Stolica Danii – Kopenhaga, to przepiękne miasto gdzie w ruchu ulicznym królują rowery, a samochody muszą ustępować im pierwszeństwa. O Danii często się też słyszy, że jest to najszczęśliwszy kraj na świecie. I faktycznie, coś w tym jest, bo w Kopenhadze samochody na ulicach się nie wyprzedzają, a użytkownicy wszechobecnych tutaj rowerów stoją grzecznie w kolejce na pasach, oczekując na zielone światło.
Z bieganiem jest tutaj dość podobnie. To ma być raczej Hygge (czyli… szczęśliwe) bieganie, niż ściganie się po kolejne rekordy życiowe, choć oczywiście nikt nikomu nie broni ustanowić w Kopenhadze nowej życiówki w maratonie, czy też w półmaratonie. W każdym razie, ta filozofia – „hygge biegania” bardzo mi odpowiada.
Natomiast sam maraton w Kopenhadze, oceniam jako znakomity i polecam wszystkim, którzy chcą się sprawdzić na królewskim dystansie. Organizacja biegu bez zarzutu, a zaangażowanie samych organizatorów było widoczne na każdym kroku. Do tego niesamowity doping prawdziwych tłumów kibiców na trasie, który miejscami był tak ogłuszający, że nie było słychać własnych myśli. Do tego przepiękne miasto i jego niezwykle uczynni i sympatyczni mieszkańcy. Poza tym, jakoś tak trafiłem, że była to akurat 40-ta edycja kopenhaskiego maratonu, więc chętnych na jubileuszowe medale było co niemiara.
Jedyne, co mnie zadziwiło to fakt zatrzymywania biegu maratońskiego w najwęższych ulicach – w końcu niewielkiego miasta (oczywiście nie dotyczyło to elity, ale choćby już tych, co chcieli biegać na złamanie „mitycznych” 4 godzin w maratonie.😊 Nigdy wcześniej z czymś takim się nie spotkałem.
Ponad 30 razy stawałem na starcie maratonu, za każdym razem z szacunkiem i pokorą dla tego królewskiego dystansu. Ale w Kopenhadze tej pokory mi jednak chyba trochę zabrakło…
Maraton to niezwykle wymagający dystans, który potrafi do bólu zweryfikować nierealistyczne założenia, a wynik na mecie będzie wypadkową pogody w danym dniu i sumy błędów popełnionych na trasie tego bardzo długiego biegu. Ja w Kopenhadze nie doceniłem pogody, która przecież na maratonie zawsze rozdaje karty… Nie sądziłem bowiem, że z okropnego zimna i deszczu sprzed zaledwie 2 dni może się nagle zrobić prawdziwy upał. Dopóki temperatura była znośna (kilkanaście stopni) do 25 km biegłem według wcześniejszych założeń. Niestety potem zrobiło się bardzo gorąco, a uczestnicy na trasie, albo się rozbierali do samych spodenek (…mężczyźni 😊), albo padali na asfalt i zabierało ich na noszach pogotowie (ja sam widziałem co najmniej kilka takich osób i trochę się przestraszyłem, bo przyjechałem na ten maraton zupełnie sam).
Wiem, że mój ówczesny, kopenhaski wynik (3:57) może być dla niektórych biegaczy marzeniem, ale dla mnie była to raczej gorycz porażki, bo mierzyłem wówczas naprawdę wysoko. Chciałem pobiec szybciej, niż na kwietniowym Orlen maratonie w Warszawie (3:46) i zdobyć kwalifikację czasową do maratonu w Bostonie. Niestety się nie udało – co przyjąłem z pokorą, ale do pięknej i gościnnej Kopenhagi z pewnością jeszcze powrócę.
