Etap 9 – W mazurskim, szczerym polu… 2013-03-29

 

    Jeszcze rano miałem nadzieję, że wichrowe apogeum miało miejsce podczas wczorajszego etapu. Niestety szybko się okazało w jakim byłem błędzie. Na rogatkach Działdowa wiało już tak, że nie chciałem wyjść z samochodu, w którym siedziałem do ostatniej chwili przed startem. Już wiedziałem, co mnie dzisiaj czeka…

Powtórka z wczoraj była gwarantowana. Liczyłem wprawdzie na to, że może nie będzie wiało prosto w twarz. Grzesiek też widział, co się święci i dlatego przed startem minę miał niewyraźną. Rozmawialiśmy mało, bo każdy z nas myślał o tym, co będzie. A wesoło nie było.

Dokładnie w samo południe ruszyliśmy, prowadzeni przez samochód uczynnych leśników z Leśnictwa Filice. Asfalt skończył się już po dwóch pieszych kilometrach i zaczął się regularny, mazurski off-road. Jak dobrze, że zmieniłem buty! Biegłem po miejscami całkowicie rozmiękniętej polnej drodze, która prowadziła chyba donikąd… Tak mi się przynajmniej wydawało. Zaliczałem na tej drodze wszystko, co tylko było – kałuże, rozmiękniętą glinę, śnieg i lód ! Przeskakiwałem koleiny, ślizgałem się raz na lodzie, a innym razem na rozmiękniętej glinie. Kilkakrotnie musiałem obchodzić niektóre miejsca zagonami pobliskiego pola. Kiedy po 5km takiego hardcore’u dotarłem wreszcie do miejscowości Sarnowo, gdzie ponownie zaczynał się asfalt, byłem już „ugotowany”. A to miał być dopiero początek, moich, dzisiejszych zmagań ! Oto bowiem za wspomnianym Sarnowem zaczęły się otwarte, szczere pola, gdzie wiało niemiłosiernie (w porywach ponad 40 km/godzinę!). Chwilami wiatr mnie prawie zatrzymywał. Grzesiek był przerażony i chyba naprawdę mi współczuł. Po godzinie biegu w takich warunkach, zaczęły mnie boleć nogi. Ale dosłownie wszędzie !

Najpierw palce w obu stopach, potem podbicie prawej stopy, następnie lewe kolano, a zaraz potem biodro, a następnie chwycił mnie bolesny skurcz prawego uda. Musiałem stanąć. Czyżbym się już sypał? I to jeszcze przed 250 kilometrem biegu ?

Postanowiłem walczyć dalej. Skurcz rozmasowałem z pomocą Grześka i ruszyłem dalej przez te, rozległe, mazurskie pola. Nasilający wiatr sprzysiągł się, żeby mi to uniemożliwić. Twarz mnie piekła, mimo grubej warstwy kremu. Kaptura i okularów nie zdejmowałem nawet nа chwilę. 

Asfalt skończył się już po dwóch pierwszych kilometrach i zaczął się regularny, mazurski off-road. Jak dobrze, że zmieniłem buty! Biegłem po miejscami rozmiękniętej polnej drodze, która prowadziła chyba do nikąd… Tak mi się przynajmniej wydawało. Zaliczałem na tej drodze wszystko, co tylko było – kałuże, rozmiękniętą glinę, śnieg i lód! Przeskakiwałem koleiny, ślizgałem się raz na lodzie, a innym razem na rozmiękniętej

glinie. Kilkakrotnie musiałem obchodzić niektóre miejsca zagonami pobliskiego pola. Kiedy po 5 km takiego hardcore’u dotarłem wreszcie do miejscowości Sarnowo, gdzie ponownie zaczynał się asfalt, byłem już „ugotowany”. A to mimał być zaledwie początek, moich dzisiejszych zmagań! Oto bowiem za wspomnianym Sarnowem zaczęły się otwarte, szczere pola, gdzie wiało niemiłosiernie (w porywach ponad 40 km/godzinę !).

Chwilami wiatr mnie prawie zatrzymywał. Grzesiek był przerażony i chyba mi naprawdę współczuł. Po godzinie biegu w takich warunkach, zaczęły mnie boleć nogi. Ale dosłownie wszędzie ! Najpierw palce w obu stopach, potem podbicie prawej stopy, następnie lewe kolano, a zaraz potem biodro, a potem chwycił mnie bolesny skurcz prawego uda. Musiałem stanąć. Czyżbym się już sypał? I to jeszcze przed 250-kilometrem biegu ? Postanowiłem walczyć dalej. Skurcz rozmasowałem z pomocą Grześka i ruszyłem dalej przez te rozległe, mazurskie pola… Nasilający wiatr sprzysiągł się, żeby mi to uniemożliwić. Twarz mnie piekła, mimo grubej warstwy kremu. Kaptura i okularów nie zdejmowałem nawet na chwilę.

I wtedy stało się coś, czego kompletnie nie przewidywałem. Oto bowiem, odczułem w pewnym momencie nagły przypływ sił… W uszach grała mi ostra muzyka, wiało nadal strasznie, ale ja biegłem dalej i do tego teraz jakoś całkiem lekko! Nagle zapomniałem o wcześniejszych bólach przypominając sobie słowa Scotta Jurka, który pisał, że nie każdy ból jest ważny ! To samo mówił mi zresztą kiedyś osobiście Serge Girard (który w końcu przebiegł wszystkie kontynenty), że w długodystansowych biegach, z bólem trzeba się po prostu… zaprzyjaźnić ! Tak, też zrobiłem i przez kilka kilometrów biegło mi się naprawdę świetnie, mimo tego cholernego wiatru. Prawie nie czułem zmęczenia i nie chciałem nawet banana, którego oferował mi Grzesiek, bo nie chciałem się zatrzymywać. To był chyba taki sam moment, jaki opisywał w swojej książce o bieganiu – Haruki Murakami, kiedy napisał, że po 75 kilometrze, stukilometrowego ultramaratonu nad jeziorem Saroma na wyspie Hokkaido (w Japonii) przestał już odczuwać jakikolwiek ból. Ja też odniosłem przez chwilę wrażenie, jakbym nagle przeszedł w inną czasoprzestrzeń, jakbym mimo tego okropnego wiatru oraz wcześniejszego bólu – zdołał pokonać samego siebie! Pierwszy raz w życiu, doświadczyłem podobnego uczucia. Warto !

W miejscowości Powierż, na 19-tym kilometrze dzisiejszego etapu wybiegłem na krajową „7-kę”, czyli ogólnie znaną drogę śmierci w naszym, pięknym kraju. Ruch na szosie był ogromny (wiadomo, święta za pasem). Wiało wciąż potwornie, a podmuchy powietrza od mijających mnie ciężarówek wręcz spychały mnie do przydrożnego rowu. Aby zająć sobie głowę i skrócić czas biegania po tej niebezpiecznej drodze, zacząłem liczyć przejeżdżające TIR-y. Pomagała mi też ostra muzyka, której dzisiaj wyjątkowo potrzebowałem. W końcu jednak zbiegłem z tej „7-ki” na boczną drogę prowadzącą do miejscowości Safronka, czyli do mety dzisiejszego etapu.

 

Pożegnanie z uczynnymi leśnikami z Leśnictwa Filice
Koniec marca 2013 na Mazurach...
Nareszcie koniec dzisiejszej mordęgi...
Przewijanie do góry