„My friend the wind” – wielki przebój o takim właśnie tytule śpiewał kiedyś Demis Roussos. Ja natomiast mogę dzisiaj powiedzieć (albo i nawet – zaśpiewać :), że jak do tej pory, to właśnie WIATR jest moim największym wrogiem. Wcale nie przenikliwe zimno!
Uzmysłowiłem sobie dzisiaj, że nie miałem jak dotąd ani jednego, bezwietrznego etapu ! Wieje praktycznie bez przerwy. Skarżyłem się już na ten wiatr podczas poprzednich etapów, ale to co było dzisiaj, to byla po prostu masakra ! Dwadzieścia sześć kilometrów biegu pod lodowaty, ostry wiatr, wiejący cały czas prosto w twarz !
Gdyby chociaż wiało z boku, to nałożyłbym kaptur, a tak nie miałem żadnych szans. Nie dość, że twarz mnie jeszcze piecze po wielu godzinach od zakończenia biegu, ale straciłem też dzisiaj mnóstwo energii na walkę z tym potwornie dokuczliwym wiatrem. Kto biega maratony ten wie, że tak naprawdę największym wrogiem maratończyka wcale nie jest zimno, ani ciepło, ani również deszcz, ale właśnie silny wiatr ! Miałem już wątpliwą przyjemność z nim walczyć na niejednym maratonie, ale to co było dzisiaj przebiło wszystkie moje doświadczenia w tym zakresie. Po 15-tu kilometrach byłem totalnie wykończony i gdyby nie Grzesiek w końcu doświadczony maratończyk), to chyba już nie ruszyłbym dalej…
Na maratonach jest nieco inaczej, bo zawsze można się za kimś schować (tzw.drafting), z czego zwykle chętnie korzystam bo jestem biegaczem raczej wat postury i zawsze biegnie obok mnie ktoś potężniejszy, za kogo mogę się schować (jak na przykład podczas maratonu nowojorskiego na moście Queensboro, gdzie wiało też niemiłosiernie i schowałem się za dwoma rosłymi Norwegami :). Dzisiaj natomiast na szosie Lidzbark – Działdowo byłem sam jak palec, w dodatku lasów było jak na lekarstwo. Wszędzie otwarte pola, gdzie hulało, aż w głowie bolało… Na bieżąco analizowałem sytuację, ale nie mogłem nic zrobić. Mogłem co najwyżej przerwać bieg, albo ciągnąć dalej (pierwsza opcja nie wchodziła w rachubę). Na szczęście mazurskich gór już nie było, pokonywałem tylko jakieś nic nieznaczące „pagórki” z kilkusetmetrowymi podbiegami. Biegłem non stop w okularach, ale nie dlatego, że było jakieś silne słońce, tylko po to, żeby chronić oczy przed tym morderczym wiatrem oraz powiewami pyłu z szosy, który podnosiły przejeżdżające co chwila ciężarówki.
A tak pięknie się zaczęło ! 😊
Najpierw śniadanie i przemiłe pożegnanie w Hotelu Welskim, gdzie iście królewską gościnę (!) zgotowało nam Nadleśnictwo Lidzbark oraz właściciele tego, pięknego obiektu. od których dowiedzieliśmy się mnóstwo ciekawych rzeczy o Welskim Parku Krajobrazowym oraz wielokilometrowych spływach kajakowych w tutejszej okolicy.
Przed biegiem odwiedziliśmy również wspaniałą siedzibę Nadleśnictwa Lidzbark, gdzie zostaliśmy bardzo ciepło przyjęci, a jego pracownicy przyjechali nawet na start dzisiejszego etapu ! Niestety, gdy robiliśmy ostatnie, pamiątkowe zdjęcia poczułem co się dzisiaj święci…Grzesiek zresztą chyba też, bo minę miał jakąś niewyraźną. Walcząc z wiatrem oraz TIR-ami, które znowu chciały mnie rozjechać na drodze usłanej dziurami oraz z głębokimi koleinami na poboczach, jakoś dotarłem do miejscowości Cibórz na rogatkach Lidzbarka, gdzie na chwilę się zatrzymaliśmy. Tam bowiem właśnie, przypadł 200-setny kilometr „Mazury Tour 2013, który uczciłem pamiątkowym zdjęciem oraz kilkoma łykami Vitargo 🙂
Ciągle liczyłem na to, że ten cholerny wiatr w końcu odpuści, że przecież nie może tak wiać przez kilka godzin ! Okazało się, że jednak może. Nie mogąc nic zrobić, próbowałem się ratować w trakcie biegu, wspominając mój ostatni maraton w Atenach, gdzie było tak ciepło i przyjemnie! Jakie tam były podbiegi w porównaniu z tymi, które teraz pokonuję! Po prostu żadne ! A finiszu na Stadionie Panatenajskim w Atenach nie zapomnę do końca życia ! Bo radość wtedy była wtedy tak wielka, że chciało mi się fruwać ! Choć moje nogi były, jak z ołowiu. Właśnie dla takich chwil warto biegać i przetrwać taki dzień jak ten mój dzisiejszy, gdy bieganie w takich warunkach byłoby dla każdego prawdziwą katorgą, której nie życzyłbym największemu wrogowi. Ale cóż, nikt mi nie obiecywał przed „Mazury Tour 2013”, że będzie łatwo. I nie jest. Ale może jutro będzie lepiej.
