Po raz pierwszy w życiu przebiegłem dzień po dniu po trzydzieści parę kilometrów. W sumie, wyszło aż 70 km w ciągu dwóch dni, więc podsumuję to ulubionym powiedzonkiem, jednego z moich kolegów z pracy: „Można ? Można!”
Wyszło rzeczywiście, że „można”, ale rano miałem naprawdę poważne obawy. Po pierwsze, temperatura na zewnątrz była po prostu dramatyczna – minus 16 stopni ! (23 marca !). Po drugie, moje łydki po wczorajszych podbiegach w krainie Wzgórz Dylewskich były wręcz zmasakrowane ! Czułem, jakby mi ktoś powsadzał zamiast moich mięśni, jakieś…kamienie. Po trzecie, miałem znowu przed sobą kilka kilometrów biegu po dramatycznie niebezpiecznej drodze z Lubawy do Iławy, o której wspominałem już wczoraj. I wreszcie po czwarte, nigdy wcześniej w życiu nie biegałem dzień pod dniu po trzydzieści kilka kilometrów. Dlatego wybiegałem dzisiaj na tą samą szosę z naprawdę dużymi obawami w głowie.
Na szczęście – w sobotę było już znacznie mniej TIR-ów, choć kierowcy „osobówek” przekraczali dozwoloną tam prędkość co najmniej dwukrotnie, spędzając mnie chwilami z jezdni na zaśnieżone pobocze. Mimo to, po około pół godzinie biegu dotarłem do Iławy. Słońce świeciło, było bardzo zimno, ale dało się wytrzymać. Wiedziałem wcześniej, że pod siedzibą Nadleśnictwa w lławie miało na mnie czekać kilka osób, które chciały pobiec ze mną dalej. Gdy tam w końcu dobiegłem, zobaczyłem tłum witających mnie osób z Nadleśnictwa Iława z transparentami, tak, że aż nogi się pode mną ugięły… Po obowiązkowych zdjęciach, ruszyliśmy w dalszą drogę w liczbie pięciu osób, w tym jeden leśniczy z Nadleśnictwa Iława, który pożegnał nas za Iławą, na drodze do Susza. Dalej podążaliśmy już we czwórkę – Kamilla, Kamil, Łukasz i ja. Tuż za Iławą był jeszcze las, więc wiało stosunkowo delikatnie. Ale potem, jak wybiegliśmy z lasu na otwarte pola,szybko poczuliśmy, co oznacza bieganie w odczuwalnej temperaturze, minus 10 stopni (wg Garmina)! Chwilami powiewy lodowatego wiatru były wręcz niemiłosierne ! Nie pomagał, ani mój kaptur, ani maska na twarzy (Łukasz). Dosłownie przewiewało nas na wylot, a przecież jeszcze przed nami było do pokonaniaponad 20 kilometrów w takich warunkach pogodowych ! Nawet Grzesiek, który sam szybko się zorientował jak było potwornie zimno, dzisiaj specjalnie na mnie nie krzyczał, że biegnę za szybko. Apelował tylko do mnie słowami: „No dobra, wiem, że jest zimno, ale zwolnij trochę…”
Zwalniałem, ale zaraz przyśpieszałem, bo było mi tak zimno, że myślałem tylko o tym, aby choć przez moment trochę się mocniej rozgrzać. Mimo to, kilka razy palce w rękawiczkach zmarzły mi do tego stopnia, że o mało nie wyłem z bólu ! Robiliśmy wprawdzie krótkie przerwy, ale to niewiele pomagało, bo po chwili, lodowaty wiatr nas dosłownie zamrażał ! W trakcie biegu, beznamiętnie obserwowałem pokryte grubym dywanem śniegu pola, zastanawiając się nad tym, czy ta wiosna w ogóle w tym roku przyjdzie ? Na szczęście, w okolicach Susza, wiatr nieco osłabł, na co wszyscy biegnący odetchnęli z wielką ulgą ! Nawet Grzesiek, bo jak wychodził z samochodu to lodowaty wiatr przewiewał go na wylot i nie był z tego powodu zbytnio zadowolony. Ale też dał radę, co oznacza, że jutro o 12-tej znowu biegnę dalej…
