Etap 37 – Do pięknej Ostródy…2013-04-26

    Bywa nazywana perłą Warmii i Mazur i słusznie, bo jest naprawdę piękna. Ostróda miasto, które zauroczyło mnie od pierwszego wejrzenia. Nie potrafię dzisiaj powiedzieć dlaczego? Czy było to z powodu niskiej i ciekawej zabudowy, czy z powodu pięknego położenia miasta nad Jeziorem Drwęckim i kilku innych jezior wokół, czy też może za sprawą jego długiej historii oraz licznych zabytków ? A może stało się tak, dzięki prężności inwestycyjnej tego miasta w ostatnich latach, którą można zobaczyć na jego ulicach, jak choćby w postaci pięknego amfiteatru, wspaniałej fontanny z historycznym pomnikiem rybaka, tudzież udanego zagospodarowania nabrzeża Jeziora Drwęckiego. W każdym razie, efekt jest taki, że Ostróda naprawdę może się podobać. Dowodzą choćby tego prawdziwe tłumy turystów z sezonie letnim.

   Dzisiaj biegłem właśnie w kierunku Ostródy i w dodatku z nie byle kim… Oto bowiem na starcie w Tynwałdzie pojawili się trzej biegacze z Olsztyna z klubu AKM Olimp przy których nawet nie powinienem stać, bo cała trójka – Janek, Jurek i Piotrek legitymuje się wynikami w maratonie na poziomie 2:30 godz., a ostatni z nich, czyli Piotrek wygrał nawet w 1995 roku maraton w Wiedniu z czasem 2:15 godziny, pokonując wszystkich Kenijczyków oraz Etiopczyków!  Rany boskie, co ja tutaj z nimi robię ! Pomyślałem sobie, włączając mojego Garmina na starcie. Przecież, jak mnie zacznie boleć noga, to oni się zanudzą na śmierć…

   Na szczęście, ku mojemu zdziwieniu noga dzisiaj nie bolała! Byłem w szoku, ale już wiem dlaczego. Wczoraj Grzesiek przygotował mi bowiem kąpiel z gorącym wywarem z gałązek sosny według przepisu Mirka Plawgo, z którym biegłem przez Pasłęk. Podobno to stary ludowy sposób na regenerację mięśni i ścięgien stosowany od lat przez doświadczonych biegaczy, którego ja jednak nie znałem. Gdy powiedziałem biegnącym dzisiaj ze mną chłopakom o rewelacyjnym działaniu „mirkowej” terapii, szybko otrzymał dożywotni tytuł – „Szamana z Pasłęka” ! 🙂 Ponieważ lewa noga mnie naprawdę nie bolała więc sunęliśmy dosyć szybko, oczywiście jak na mnie, bo dla moich trzech dzisiejszych towarzyszy, pewnie to było dużo za wolno. 😊 Chociaż Janek co jakiś czas kontrolował tempo i kazał nam zwalniać, za co otrzymał drugi przydomek dzisiejszego dnia, czyli „Strażnik tempa”. Biegowe „gadulstwo” kwitło dzisiaj niemiłosiernie ! No po prostu, gadaliśmy jak najęci ! 😊  O wszystkim, co tylko dotyczyło biegania, trenowania, wychowania poprzez sport, o sztuce utrzymywania się w formie przez długie lata, o kontuzjach. Ale były też i kawały. niekoniecznie biegowe…

   Rozmawialiśmy także o boomie na bieganie, jaki teraz zapanował w Polsce i o tym, że większość z ludzi zaczynających dzisiaj swoją przygodę z bieganiem, biega za dużo i za szybko, wręcz się przetrenowuje, chcąc jak najszybciej wskoczyć na jak najwyższy poziom. Tymczasem, tu nie ma żadnej drogi na skróty ! Do długodystansowego biegania potrzeba bowiem cierpliwości, cierpliwości i jeszcze raz cierpliwości ! Tu trzeba po prostu swoje wybiegać – dzień po dniu, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu, ale nie próbując dla przykładu realizować programu treningowego rozpisanego na miesiąc, w zaledwie dwa tygodnie… W ten sposób można co najwyżej, załatwić sobie poważną kontuzję. Szkoda, że biegowi debiutanci zbyt rzadko korzystają z rad bardziej doświadczonych kolegów, jak choćby takich chłopaków, z którymi dzisiaj biegłem, a można się było wiele od nich nauczyć. Ja skorzystałem naprawdę dużo, choć zapewne nigdy nie będę biegał maratonów na Piotrka, Janka czy Jurka poziomie… Ale to mało ważne, bo liczy się radość z biegania, która dzisiaj byłą naprawdę mega duża! 😊

   Po około siedemnastu kilometrach wspólnego biegu przyszła niestety pora rozstania. Ale skończyliśmy tak, jak zaczęliśmy, czyli pod lokalnym GS-em (!), gdzie zrobiliśmy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcia. Dalej pobiegł już ze mną tylko Zygmunt – leśnik z Iławy, który towarzyszył mi wczoraj, a dzisiaj przyłączył się do nas, gdzieś na 10 kilometrze. W sensie nawierzchni biegowej, zaliczyliśmy dzisiaj chyba wszystko, co możliwe, czyli najpierw asfalt z dziurami i gdzieniegdzie gładki, czyli taki bez dziur, potem twardy dukt leśny, a następnie delikatny masaż stóp po kocich łbach, by wreszcie wybiec na piaskową, polną drogę, gdzie przejeżdżający z rzadka samochód wzbijał tumany pyłu, niemal jak na Saharze. A słońce prażyło jak trzeba i na polach przez które biegliśmy później z Zygmuntem nie było po prostu gdzie się ukryć. Gdy w końcu wybiegłem – już samotnie – na krajową „16-tkę” podążając w kierunku Ostródy, terapia wspomnianego wcześniej „Szamana z Pasłęka” przestała jednak działać i moja lewa noga przypomniała o sobie. Musiałem mocno zwolnić i biec już tylko na śródstopiu. Na szczęście, przed Brzydowem, czekała na mnie Kamilla z Ostródy, która jakoś „doholowała” mnie do samego Ornowa, czyli opłotków Ostródy, gdzie nasze rodzime Nadleśnictwo Miłomłyn powitało nas z Grześkiem chlebem i solą… I to w sensie dosłownym! Oj, było nam bardzo miło, a ten chleb okazał się przepyszny! 😊 A jutro ostatni, normalnej długości etap „Mazury Tour 2013″, czyli 25 kilometrów. Później jeszcze tylko dwie „przebieżki” po 19 i 12 kilometrów i będzie już meta w Kudypach !

Spotkanie z mistrzami z Olsztyna pod lokalnym GS-em 🙂
Biegowe "gadulstwo" kwitło niemiłosiernie... 🙂
Po "asfalcie", nastał "trail" 🙂
Ależ nam się dobrze biegło ! 🙂
Pożegnanie z chłopakami pod kolejnym "GS-em"
Dalej już przez tutejsze pola tylko z Zygmuntem
Kamilla "holuje" mnie do Ostródy
Powitanie "chlebem i solą" w Ornowie 🙂
Przewijanie do góry