Oprócz słynnej serii o „Tomku Szklarskim” – to były książki mojego dzieciństwa oraz wczesnej młodości. Do dziś jeszcze pamiętam, jak w nocy pod kołdrą z wypiekami na twarzy czytałem „Pana Samochodzika i templariuszy” ! Teraz, moja osobista historia zatoczyła naprawdę ogromne koło i właśnie 900-ny kilometr wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013” miałem pokonać właśnie w – Jerzwałdzie nad Jeziorakiem, gdzie przez wiele lat żył i tworzył Zbigniew Nienacki, autor tych wspaniałych książek o przygodach Pana Samochodzika.
Zanim jednak dotarliśmy do wspomnianego Jerzwałdu, ruszyliśmy z Jackiem spod samego Zalewa (czyli tam, gdzie wczoraj skończyłem) mając za głównego przeciwnika wiatr, który wiał nam prosto w twarz, chwilami bardzo mocno (jak pokazał później mój Garmin, w porywach nawet do 30 km/h !). Męczyliśmy się okrutnie, to znaczy głównie ja zdecydowanie bardziej, bo ważę obecnie znacznie mniej niż Jacek i miotało mną straszliwie. Mimo to, bardzo mile rozmawiając sunęliśmy sprawnie do przodu. Byle do Jerzwałdu! – wówczas pomyślałem, gdyż tam zaczynają się „SUSZ-owe” lasy, gdzie powinno już wiać zdecydowanie słabiej. Poza tym wiedziałem, że tam już będą na nas czekać… 😊 Gdyż w właśnie w Jerzwałdzie przypadał 900-tny kilometr mojej wyprawy biegowej. Jak ja to w ogóle zrobiłem ?! Z tą wiedzą, którą teraz posiadam, nie wiem czy drugi raz porwałbym się na coś takiego… W Jerzwałdzie, rzeczywiście na nas czekali, przedstawiciele obu sąsiadujących ze sobą nadleśnictw, czyli Dobrocina i Susza. Ci pierwsi przygotowali nawet, wspaniały transparent upamiętniający pokonanie przeze mnie, 900-go kilometra „Mazury Tour 2013″! 😊
Sam Jerzwald okazał się naprawdę bardzo zadbaną miejscowością, gdzie nie tylko były wyjątkowo równe chodniki, ale także bardzo ciekawe tablice informujące o przeszłości tego miejsca. Dowiedziałem się z nich na przykład, że niejaki Paul Schramke był przed wojną właścicielem jedynego w tej miejscowości samochodu marki Mercedes. Uwielbiam takie lokalne smaczki! 😊
W Jerzwałdzie na 900-tnym kilometrze „Mazury Tour 2013” znowu odegrano mi kolejny hymn na trąbce-sygnałówce (przepiękny, choć nie wiem, jaki miał tytuł), a po zrobieniu pamiątkowego zdjęcia przed domem, gdzie mieszkał Zbigniew Nienacki – autor serii książek o przygodach Tomka (Szklarskiego) oraz serii książek o „Panu Samochodziku” , ruszyliśmy dalej już we czwórkę. Bowiem do Jacka z Wysokiej Wsi, który biegł ze mną od początku dzisiejszego etapu dołączył jeszcze drugi Jacek, czyli Nadleśniczy Susza, oraz letniczy Jarek spod mazurskich Siemian. I wtedy rozpoczął się najfajniejszy odcinek dzisiejszego etapu. Biegnąc dwójkami, „nadawaliśmy” bez przerwy…
A to bieganiu w ogóle, a to o maratonach, a to o triatlonie, a to wreszcie o słynnym „Rzeźniku” – czyli biegu po Bieszczadach na dystansie około 80 km, który Jacek (ten z Wysokiej Wsi…)zdołał ukończyć, choć za pierwszym razem mu się to nie udało, a którego rekord życiowy w maratonie wynosi 3:22 godziny !
Potem jeszcze się dowiedziałem, że „życiówka” Jarka na tym samym dystansie jest jeszcze o 3 minuty lepsza, więc pomyślałem sobie: „O rany, co ja tutaj z nimi robię ?” Na szczęście, stan mojego ducha podtrzymał drugi Jacek (czyli Nadleśniczy Susza), który właśnie szykuje się do swojego pierwszego maratonu, a zamierza pokonać ten dystans pod koniec września w Warszawie. Ale z tego jak już teraz biegają, widzę, że nie będzie chyba gorszy od wspomnianej wcześniej dwójki moich dzisiejszych towarzyszy biegu.
W Siemianach nad Jeziorakiem (czyli najdłuższym jeziorem w Polsce) byliśmy krótko, bo jest jeszcze przed sezonem i wszystko było na głucho pozamykane. Zrobiliśmy jednak tak sobie pamiątkowe zdjęcia, po czym ruszyliśmy dalej. Niestety, dwa kilometry za Siemianami zaczął się mój dzisiejszy dramat, którego nie będę już znowu opisywał, bo robiłem to już zbyt wiele razy. W kay razie, dwóch chłopaków pobiegło do przodu, a jeden został ze mną, Musiałem wezwać na pomoc Grześka, który akurat sobie wtedy gdzieś odjechał… w poszukiwaniu „fotograficznej” zwierzyny, gdyż przemierzaliśmy właśnie chyba najpiękniejsze lasy (bukowo-sosnowe), w jakich nam było dane być w czasie „Mazury Tour 2013”…
Wreszcie, z dużą pomocą Jacka, który towarzyszył mi od początku, do samego końca dzisiejszego etapu, dobrnąłem do mety. Gdyby nie ta moja „końcówka”, to ten dzisiejszy etap byłby z pewnością jednym z biegowo najsympatyczniejszych na całej 1000-kilometrowej trasie. No cóż, nie tylko prawdziwego mężczyznę, ale i również biegacza poznaje się po tym nie jak zaczyna, ale jak kończy ! Ja dzisiaj kończyłem bardzo kiepsko. Na szczęście, zostało jeszcze tylko pięć dni i około 100 km do przebiegnięcia. Chyba dam radę…
