Biegłem dzisiaj „Kopernikowskim Szlakiem”, ale nie wiem czy wielki astronom byłby zadowolony. Oczywiście nie z tego, że biegłem szlakiem jego imienia, ale tym, jak ten „jego” szlak obecnie akurat wygląda… Po prostu, koszmar! Walające się w przydrożnych rowach tony śmieci – butelek, pet-ów, puszek, pojemników po farbach, różnych odpadów budowlanych, a także materace, stare sedesy, itp. oraz inne wytwory ludzkiej działalności. Podobno, to efekt ruchu trans-granicznego, z czym trudno sobie tutaj poradzić. W każdym razie, nigdzie wcześniej w trakcie 800 km „Mazury Tour” nie widzieliśmy z Grześkiem tyle przydrożnych śmieci, co na „Szlaku Kopernikowskim”.
Ruszyliśmy zgodnie z planem, czyli o 12-tej w południe. Niestety, szybko się okazało, że nie będzie to łatwy etap. Nie dość, że 29 kilometrów do pokonania, to jeszcze w większości pod ostry wiatr i mnóstwo szybko jadących samochodów z rosyjską rejestracją… Było naprawdę ciężko, na tym ostatnim, tak długim etapie „Mazury Tour 2013”. Pierwsze kilometry nie były łatwe, bo cały czas pod górę i pod wiatr (ale do tego zdążyłem się już przyzwyczaić..), ale potem nie było już specjalnych problemów, z wyjątkiem tego, że po 22-gim kilometrze dzisiejszego biegu, moja lewa noga postanowiła jednak o sobie zdecydowanie przypomnieć… To był po prostu koszmar!
Ale wcześniej, podążaliśmy przez Braniewo, które jest naprawdę ładne ! Wszędzie odnowione budynki, kino i nowe chodniki, którymi biegłem. Nowy most nad Pasłęką. Nie wiem, ale wydaje mi się, że w Braniewie nie za bardzo lubią Frombork, bo dosłownie nigdzie nie było żadnego drogowskazu w tym kierunku. W końcu jednak, trafiliśmy na właściwą drogę. Dwa kilometry za Braniewem, pokonałem dokładnie 800-tny kilometr na trasie, „Mazury Tour 2013″. No cóż, i ta życiowa przygoda powoli się kończy. Zostało do pokonania „zaledwie” 208 kilometrów !
A Frombork ? No cóż, mógłby być prawdziwą perełką Warmii i Mazur gdyby wcześniej oczyszczono przydrożne rowy ze zwałów śmieci, albo można było zjeść smażoną flądrę poza sezonem turystycznym. Niestety, ani jedno, ani drugie nie było możliwe…
Ostatnie, sześć kilometrów dzisiejszego etapu to był prawdziwy dramat. Sił już nie było, noga bolała jak cholera, ale próbowałem pokonać samego siebie. W końcu, dałem radę, ale było to najgorsze, biegowe 29 km, w moim życiu ! Na szczęście, ostatnie, bo tak długich etapów już nie będzie.
