Etap 30 – W królestwie bocianów… 2013-04-19

   Czegoś takiego jeszcze w życiu nie widziałem ! Już na drodze z Górowa Iławeckiego do Żywkowa, bociany pokazywały nam kto tutaj rządzi. Chodziły sobie po środku drogi, zjadały żaby i miały koło… pióra nadjeżdżające samochody, w tym również i nasz. Postanowiliśmy więc przed dzisiejszym etapem, zobaczyć „bocianią stolicę Polski”, czyli maleńką wioskę Żywkowo, leżącą tuż przy samej granicy z Rosją, gdzie każdego roku gniazduje około 150 bocianów !!!

   Nie wiem, czy w ogóle przelatują na drugą stronę granicy, ale dlaczego taka masa bocianów zatrzymuje się akurat w tym przygranicznym Żywkowie, tego naprawdę nie wiem. W każdym razie byliśmy obaj z Grześkiem w ciężkim szoku, gdy obserwowaliśmy bociany we wspomnianym Żywkowie, które robiły tam sobie co chciały, nie zważając na obecność ludzi. Na szczęście, „nie skrzydlaci” mieszkańcy Żywkowa, jakiś czas temu zrozumieli, że to „bocianie królestwo” może być wielką, turystyczną atrakcją postanowili to skomercjalizować. I słusznie! 😊 Przed wsią jest płatny (w sezonie letnim) parking i wybudowano nawet wieżę obserwacyjną (też płatną). Bardzo nam się to Żywkowo podobało, przez co spóźniliśmy się na start dzisiejszego etapu, który zamiast w samo południe (jak zwykle) rozpoczęliśmy o godzinę później. Niby nic, ale dla mnie to dużo, bo o godzinę krócej miała potrwać moja regeneracja po dzisiejszym etapie. A w końcu jutro, czeka mnie jeden z tych najdłuższych i najcięższych etapów całego tour-u…

   Po wizycie w Żywkowie, wpadaliśmy dosłownie na chwilę do siedziby tutejszego Nadleśnictwa Górowo Iławeckie, żeby podziękować za wspaniałą gościnę i ruszyliśmy na start. Natomiast opuszczając samo Górowo z pewnością nie zapomnimy… „łężni”, czyli pampuchów robionych z gotowanych ziemniaków z kapustą duszoną na maśle w środku i do tego polanych sosem grzybowym. No po prostu palce lizać ! Nic dziwnego, że tutejsza restauracja (Natangia) dostała za to danie pierwszą nagrodę w konkursie „Dziedzictwo kulinarne – Warmii, Mazur i Powiśla”.

   Gdy natomiast dotarliśmy na miejsce startu znowu zaczęło wiać. I to naprawdę fest ! Mimo tego, zdecydowałem się po raz pierwszy od 30 dni trwania „Mazury Tour 2013″ (znowu mały jubileusz !), pobiec w koszulce z krótkim rękawem. Z początku było mi trochę zimno, ale potem było już całkiem ok, choć wspomniany wiatr nie odpuszczał ani na chwilę i wręcz nasilał się z każdą godziną. Na szczęście, za miejscowością Lelkowo zaczęło się już „wypłaszczać” i nie musiałem pokonywać niezliczonej ilości wzniesień, jak w okolicach Górowa Iławeckiego, co wpływało bardzo destrukcyjnie na moje nogi. A zwłaszcza na tą lewą, która jest – BZ, czyli „bez zmian”. To znaczy nie do końca tak, bo dzisiaj już od rana była spuchnięta. Mam tylko nadzieję, że już po zakończeniu całego „Mazury Tour 2013″ tej nogi mi nie amputują, ani też nie wsadzą w gips, na co się chyba zanosi… W dodatku w czasie dzisiejszego, w końcu dość krótkiego etapu (zaledwie 24,5 km) zaczęły mnie boleć mięśnie brzucha, na co – jak się już poskarżyłem – mój „ojciec i matka”, czyli Grzesiek, chcąc mnie zapewne pocieszyć stwierdził krótko: „Stary, na końcu to nawet włosy będą Cię bolały!” No, nie mam pytań. Ten to umie człowieka pocieszyć i zmotywować !

   Mając na uwadze jutrzejszą mordęgę (ponad 29 km), chciałem dzisiejszy etap pokonać jak najmniejszym nakładem sił. Niestety, nie udało się to z powodu wspomnianego wcześniej wiatru. Za Żelazną Górą, czyli po 20-tym kilometrze wiało już tak (w dodatku już nie z boku, tylko prosto w twarz), że musiałem się bronić, aby nie zepchnęło mnie do przydrożnego rowu, zwłaszcza, że obecnie ważę już tyle, co dobrze odżywiony kenijski biegacz! Szkoda tylko, że moje wyniki nie są takie same. 🙂

W „Bocianiej stolicy Polski” 🙂







Wtedy była taka ulica…
Dalej już samotnie…
Przyroda odżywa ! 🙂
Już bliżej niż dalej 🙂

Niestety, moja lewa noga się wyraźnie zbuntowała. I zmiana butów nie pomaga… 🙁
Przewijanie do góry