Dałem radę dzisiaj, ale łatwo nie było. Przede wszystkim z powodu pogody. Rano nie wychodziłem z domu gdzie mieliśmy nocleg, więc nie zdawałem sobie sprawy jak jest potwornie zimno. Słoneczko świeciło, nic nie padało. Jednym słowem, super pogoda do biegania!
Dopiero w samochodzie, gdy jechaliśmy na miejsce startu przeczytałem sms-a, że w Ostródzie jest minus 9 stopni mrozu (w końcu marca !). Ale co tam, nie raz przyszło mi biegać w takiej temperaturze – pomyślałem i punktualnie o 11-tej ruszyliśmy. Tuż za Frygnowem zaczęły się rozległe pola i wtedy dopiero poczułem, jak jest makabrycznie zimno !
Lodowaty wiatr przeszywał do szpiku kości. A przecież miałem na sobie kurtkę z windstoperem! Bez niej nawet nie chcę myśleć, co by było. Już po pierwszym kilometrze biegu założyłem kaptur, bo przewiewało mi głowę na wylot! Mój Garmin pokazywał, że wiatr wieje z prędkością 27 km/godzinę, a odczuwalna temperatura wynosiła, minus 13 stopni ! No, nieźle – pomyślałem, po czym chwilę później zaczęły się pierwsze, dylewskie wzniesienia – jedno za drugim i kolejne, i następne, i jeszcze jedno… Mój dzielny druh Grzesiek, aż się przeraził i zaczął mnie opieprzać, że ciągle biegnę za szybko. Faktycznie miał rację, bo chyba na początku nieco mnie poniosło (pierwszy kilometr pokonałem w tempie 4:54 min/km !). Ale to wszystko przez te „samonośne” buty. Uwielbiam w nich biegać ! Nic nie ważą, a po ich założeniu mam takie wrażenie, jakby były uszyte właśnie na moje stopy. Nie dziwię się teraz, że słynny, francuski ultramaratończyk Kilian Journet potrafi w nich pobiec za jednym razem ponad 100 km !
Ale wracające dzisiejszego biegu. Wprawdzie kilometry leciały szybko, ale gdy pokonywałem n-te już wzniesienie w krainie Wzgórz Dylewskich poczułem, że mimo superlekkich „s-LAB-ów”, moje nogi stawały się coraz cięższe… Zwolniłem i zacząłem się częściej dożywiać, bo odczuwałem już braki energii, a do mety było jeszcze cholernie daleko. Mimo wszystko, Grzesiek dalej na mnie krzyczał! Wreszcie gdzieś za Marwałdem, wbiegłem w tereny leśne. Górki były cały czas, ale wiało już znacznie mniej. Zdjąłem nawet kaptur, ale kiedy wybiegłem na otwartą przestrzeń pręciutko założyłem go znowu. Chciałem być jak najszybciej w Złotowie, bo tam mieli na mnie czekać biegacze z Lubawy: Mirka i Sławek Łątkowscy. Tam też dopiero chciałem zjeść banana, którego Grzesiek wciskał mi już prawie co kilometr, martwiąc się o to, że zaraz wyładuję swoje akumulatory.
Ale gdzie tam ! Jak ruszyliśmy już we trójkę, to nawet nie liczyłem kilometrów, bo biegło nam się rewelacyjnie. Zwłaszcza, że Sławek obchodził dzisiaj swoje 37 urodziny. A biegacz to nie byle jaki! (bliski złamania 3 godzin w maratonie…). Dzięki nim, nie błądziliśmy po ulicach i przemknęliśmy przez Lubawę chyżym tempem. Dalej, poprowadzili mnie sobie tylko znajomym szlakiem biegowym, dzięki czemu ominęliśmy ruchliwą drogę krajową. Rozmawiało nam się wspaniale, ale niestety musieli w końcu wracać, więc pożegnaliśmy się (ja z wielkim żalem !), tuż przed skrzyżowaniem drogi na Iławę. Stamtąd miałem już tylko” około 7 km do końca, po wcześniejszych 30-tu, które zrobiłem od startu dzisiejszego etapu.
