Naprawdę żal nam było opuszczać gościnne Bartoszyce, a zwłaszcza siedzibę tutejszego nadleśnictwa, gdzie było nam po prostu, jak u Pana Boga za piecem ! 😊 Nie chciało się wyjeżdżać, ale niestety wyjścia nie było i musieliśmy w końcu się zebrać, żeby zdążyć na dzisiejszy start w Taplikajmach.
Po drodze mijaliśmy jeszcze raz, wielusetletnie dęby Napoleona, jak i miejscowość Judyty, gdzie urodził się i mieszkał właściciel tego majątku, a później jeden z twórców potęgi niemieckiego koncernu BMW, hrabia Eberhardt von Kunheim. Przed wyjazdem zdążyliśmy też jeszcze zobaczyć stanicę wodną Perkujki na rzece Łynie, która przepływa nieopodal Bartoszyc i jest zwykle senną, wolno płynącą wodą, a teraz wskutek wiosennych roztopów poziom wody podniósł się tak wysoko, że wartko płynąca rzeka wygląda naprawdę groźnie, choć muszę przyznać, że nie mniej pięknie. Bez wątpienia, stanica wodna Perkujki to wyjątkowe miejsce na mapie Warmii i Mazur i jedno z najładniejszych, jakie w ogóle widzieliśmy na trasie „Mazury Tour 2013”.
Kilka minut po 12-tej ruszam tzw. „schetynówką” (czyli nową, lokalną drogą) w kierunku Górowa Iławeckiego, w którym nigdy wcześniej nie byłem. Mijałem kolejne miejscowości, biegnąc naprawdę wolno, głównie z uwagi na lewą nogę, którą miałem spuchniętą od samego rana. Dla zwiększenia poziomu amortyzacji moich stóp, zmieniłem dzisiaj buty na moje terenowe „mantry” zostawiające przy tym dużo luzu w lewym bucie. Liczyłem po cichu, że dzięki takim „zabiegom” wytrzymam dzisiejszy, stosunkowo krótki etap (24,5 km) bez środków przeciwbólowych. Jako pierwszą z dzisiejszej trasy zapamiętam miejscowość Piasty Wielkie – po pierwsze dlatego, że wcale nie są takie wielkie 😊, a po drugie z bardzo ładnie pomalowanego przystanku autobusowego, a po trzecie wreszcie z wałęsających się tutaj psów, które atakowały biegnących, czyli w tym przypadku mnie.
Wbiegałem właśnie z Barcji do Natangi, czyli dwóch, sąsiadujących ze sobą krain zamieszkiwanych niegdyś przez dwa staropruskie plemiona Bartów i Natangów. Wcześniej, zanim tu nie dobiegłem nie miałem zielonego pojęcia o tym, że istniały tu kiedyś takie krainy! Podobnie jak i o tym, że w dzisiejszych Bartoszycach oraz okolicach jest jedno z największych w Polsce skupisk ludności pochodzenia ukraińskiego, w dużej części wyznawców kościoła grekokatolickiego. To, że teraz już o tym wiem, zawdzięczam właśnie „Mazury Tour 2013″. Bo przecież, gdybym w te okolice nie dobiegł, to pewnie w życiu bym się o tym nie dowiedział, jak też i tego, że charakterystyczny człon – „Kiejmy” – tak często spotykany w nazwach tutejszych miejscowości pochodzi z języka pruskiego i oznacza po prostu wieś. Ta świeżo zdobyta wiedza przydała się jeszcze na dzisiejszej trasie, gdy dobiegłem do miejscowości Kandyty, gdzie na wzgórzu stał piękny grekokatolicki kościół. I w ogóle cała wieś była tak zadbana i schludna, że razem z Grześkiem nie mogliśmy wyjść z podziwu. Wszędzie ładnie utrzymane domy i obejścia, miejscowy lokal gastronomiczny o ładnej nazwie – „Dziupla”, bardzo ciekawy przystanek autobusowy, a do tego elegancki plan całej miejscowości, a także drewniany pomnik wspomnianych wcześniej Natangów oraz wyjątkowo dobrze utrzymany i zadbany, niemiecki cmentarz ! Po widoku wcześniejszych, dziesiątek zapuszczonych lub kompletnie zniszczonych niemieckich cmentarzy na całej trasie „Mazury Tour” to był dla mnie i Grześka – prawdziwy szok! Czyżby nareszcie, ktoś pomyślał o grobach ludzi, którzy na tej ziemi przecież żyli, kochali się, rodzili, a potem umierali i nie każdy z nich był zaraz wrogiem Polski, jak jeszcze do niedawna nam to przedstawiano. Choćby na przykład Friedrich von der Groeben – pruski arystokrata, ale i także generał wojsk polskich króla Jana III Sobieskiego. Bohater spod Chocimia i Wiednia! Szkoda, że tak mało jeszcze wiemy, o ludziach, którzy tu wcześniej żyli. Szkoda, że prawie nikt dzisiaj nie dba o te stare cmentarze, albo też o rozpadające się dzisiaj budynki, dwory i pałace dawnych Prus Wschodnich.
Zanim dotarłem do wspomnianych Kandyt, przebiegłem jeszcze przez Górowo Iławeckie, ślicznie położone miasteczko z małym jeziorem w samym środku miasta, gdzie zostałem wspaniale powitany przed siedzibą tutejszego nadleśnictwa oraz przez całe mnóstwo wspaniałych dzieciaków, czego z pewnością nigdy nie zapomnę! Jak i tego, że samo Górowo Iławeckie oraz jego okolice wcale płaskie nie są, co odczułem dzisiaj bardzo mocno na własnych nogach. A potem jeszcze, tuż przed Kandytami, pokonałem 750-ty kilometr trasy „Mazury Tour 2013″ i z radości, że się to udało, aż…uściskałem Grześka ! 😊 Jeszcze „tylko” 250 kilometrów i będzie KONIEC!







