Etap 28 – W hołdzie dla Bostonu… 2013-04-17

Dowiedziałem się o tym wczoraj już po biegu i tąpnęło mną strasznie ! Przez kilka bowiem lat walczyłem o złamanie bariery czasowej 3 godzin 30 minut w maratonie, która dawała mi kwalifikację na maraton w Bostonie, gdzie zawsze chciałem wystartować, bo to w końcu najstarszy maraton na świecie.

   W końcu, po wielu nieudanych próbach we wrześniu ub. roku podczas maratonu warszawskiego złamałem to „straszne” dla mnie 3:30 i droga do startu w tegorocznym Bostonie była otwarta. Jednak tam nie pojechałem. Z różnych względów, ale przede wszystkim dlatego, że za namową kogoś bliskiego, kto… zabronił mi rezygnować z marzeń, ostatecznie więc postanowiłem, że teraz zrealizuję to moje największe, biegowe marzenie dotychczasowego życia, czyli „Mazury Tour 2013”. A przecież mogłem wczoraj być w Bostonie…

   Ten zamach podczas wczorajszego maratonu w Bostonie był na prawdę potworny ! Przecież ten, kto to zrobił doskonale wiedział, że uczestnicy tego biegu nie będą mieli żadnych szans, żeby się ochronić przed śmiercionośnym wybuchem. W końcu mieli na sobie tylko cienkie koszulki i sportowe spodenki,a więc nic co mogłoby ich w jakiś sposób osłonić. Nie byłem w stanie podczas dzisiejszego etapu „Mazury Tour” oderwać moich myśli od tego, co wczoraj stało się w Bostonie. Nie ważne, że mogłem tam być, bo co komu pisane…to i tak go nie minie, ale co musieli przeżyć ci ludzie, którzy być może właśnie wczoraj w Bostonie kończyli swój pierwszy maraton w życiu ? Niestety, dla niektórych był to już na pewno ostatni. Co czuli, gdy wpadali w trudnej do opisania euforii na metę szczęśliwi, że pokonali samych siebie, że ukończyli MARATON, czyli bieg, którego magia oraz samo ukończenie zmienia człowieka na zawsze ! Bo każdy maratoński „finisher” odtąd wie, że będzie już w stanie pokonać wszelkie trudności – zarówno w bieganiu, jak i w życiu. Bo ukończenie maratonu hartuje człowieka i daje mu ogromną wiarę we własne możliwości, w to, że był w stanie tego dokonać i też może być bohaterem. Choćby tylko we własnych oczach. W końcu czułem to samo już tyle razy, przekraczając metę kolejnego maratonu w moim życiu.

   Wiem też od innych znajomych maratończyków, że oni odczuwają dokładnie to samo, a więc Ci Biegacze wczoraj w Bostonie musieli czuć się podobnie… Przez ponad 42 km walczyli na trasie z pogodą, z własną niemocą, z pojawiającymi się kryzysami, które jakoś jednak pokonywali, z obezwładniającą słabością fizyczną oraz z własnym rozumem, który podpowiadał im nieustannie, żeby zeszli z trasy. A mimo to dobiegli do końca i gdy zapewne płacząc ze szczęścia (bo emocje są zwykle wtedy tak wielkie, że trudno naprawdę nie płakać) otrzymywali swoje jakże zasłużone medale, ich… śmierć lub ciężkie kalectwo, a już na pewno traumatyczne przeżycie, którego z pewnością nie zapomną do końca swoich dni. Dla mnie, to wszystko jest bardzo smutne. Jak będzie teraz wyglądało maratońskie życie na całym świecie ?

   Sądzę, że na pewno się zmieni, choć głównie od strony formalno-organizacyjnej. Będzie więcej różnego rodzaju obostrzeń, a organizatorzy biegów będą dmuchali „na zimne”. Wzrosną koszty zabezpieczenia maratońskich imprez, a więc i zapewne wzrośnie wpisowe. Nie wydaje mi się jednak, aby maratończycy się przestraszyli i odpuścili sobie bieganie maratonów na świecie. Bo to naprawdę bardzo twardy i zahartowany w boju „naród” żyjący pod każdą szerokością geograficzną. W dodatku, niezwykle przyjacielski, uczynny i wspierający siebie nawzajem w każdych okolicznościach, a maratońskie przyjaźnie trwają latami. Bo kto lepiej zrozumie maratończyka, jak nie drugi maratończyk !

   Tego rodzaju przemyślenia towarzyszyły mi przez cały dzisiejszy etap prowadzący terenami gościnnego Nadleśnictwa Bartoszyce i tegoż samego powiatu i niestety zupełnie odebrały mi radość z dzisiejszego biegania. A przecież, bardzo ciekawie było jeszcze przed biegiem, gdy wziąłem udział w konferencji prasowej zorganizowanej przez Urząd Miasta Bartoszyce. Potem były jeszcze wywiady w radio i…ledwo zdążyliśmy na start w Wodukajmach, gdzie czekała na nas pierwsza młodzież. Nie przebiegłem jeszcze nawet kilometra, gdy na drodze w niedalekich Ponikach zobaczyłem ogromny tłum dzieciaków z miejscowej szkoły z powiewającymi biało-czerwonymi flagami! Musiałem się zatrzymać, podziękować i zrobić pamiątkowe zdjęcia. Dalej pobiegło ze mną po kilkunastu młodzieńców i dziewcząt ze szkół z takich miejscowości jak: Łajdy, Żydowo, Bezledy. Niektórzy z nich byli naprawdę dobrymi biegaczami, jak choćby 14-letni chłopiec ze szkoły w Bezledach, biegający 100 metrów w czasie 13 sekund i do tego w trampkach ! A gdyby tak miał lekkoatletyczne kolce i startował w zawodach na tartanie ? No cóż, ich rówieśnikom w dużych miastach jest z pewnością dużo łatwiej, choć rzadko potrafią to docenić. Gdy patrzyłem na te biegnące dzisiaj ze mną dzieciaki, to zastanawiałem się, czy ktoś z nich już w dorosłym życiu – wystartuje kiedyś w prawdziwym maratonie ?

   Mam nadzieję, że tak, mimo wczorajszej tragedii w Bostonie, o której mi trudno było dzisiaj nie myśleć i dlatego zdecydowałem, że dzisiaj, a także na kolejnych, dwóch etapach „Mazury Tour 2013″ będę biegł z czarną opaską na ręce. W hołdzie dla tych, którzy wczoraj w Bostonie zginęli lub zostali ranni, bo ja jestem taki sam jaki ONI. Bo jestem maratończykiem.

 

Konferencja prasowa w Urzędzie Miasta Bartoszyce
Wywiad w radio...
Pierwsze, jakże miłe zaskoczenie 🙂
Chłopaki dają radę ! 🙂
Największy dąb, jaki w życiu widziałem. Ma ponad 200 lat !
Później już biegłem sam...
Na dzisiaj koniec. Kolejne 25 km pokonane 🙂
Przewijanie do góry