Etap 26 – W krainie bobrów i nietoperzy…2013-04-15

   Zakładałem przed dzisiejszym biegiem, że będzie to jeden z mniej ciekawych etapów „Mazury Tour” w trakcie którego będę musiał podążać samotnie przez 25 km, drogą wiodącą przez rozległe, mazurskie pola tej okolicy. Szybko się jednak okazało w jakim byłem błędzie.

   Biegło mi się dzisiaj naprawdę świetnie i to mimo dokuczliwego zimna, dużego wiatru oraz wciąż bolącej nogi. A to wszystko dzięki Grzegorzowi i Michałowi, którzy przejechali samochodem ponad sto kilometrów z Olsztyna, żeby ze mną pobiec cały, dzisiejszy etap, o czym się dowiedziałem dopiero tuż przed startem. Zaskoczenie było kompletne, ale było mi niezwykle miło! Zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcia na rynku w Srokowie, które okazało się być naprawdę zadbaną i schludną miejscowością (jedną znajładniejszych jakie widziałem na całej trasie Mazury Tour”) i ruszyliśmy w drogę. Było zimno i wiało niemiłosiernie, a mimo to podążaliśmy raźno przed siebie, bo Grzesiek i Michał przedstawiciele Amatorskiego Klubu Maratończyka OLIMP z Olsztyna to nie „byle-jacy” biegacze, a przy tym wyjątkowo miłe „gaduły” biegowe… O czym, to żeśmy nie rozmawiali po drodze ! O rany, chyba o wszystkim o czym się tylko dało…😊

   No, ale przede wszystkim o tym, co wiąże się z bieganiem – o naszych maratonach oczywiście też, o biegowych doświadczeniach, o trenowaniu w ogóle, o kontuzjach, itd. Ale rozmawialiśmy także o podróżach dalekich i bliskich oraz o tym, co bieganie może dawać ludziom… Biegnącemu ze mną dzisiaj Grzegorzowi dało na przykład to, że w ciągu zaledwie półtora roku odkąd zaczął biegać, schudł, aż 50 kg! (ze 130 kg, które wcześniej ważył) i że teraz już nie wyobraża sobie życia bez biegania, które sprawia mu ogromną radość i napędza do działania (na przykład takiego, żeby poświęcić pół niedzieli, tylko po to, aby przebiec się 25 km z jakimś gościem, który akurat sobie biegnie dookoła Mazur. 😊 Michał z kolei, próbuje godzić zajęcie zawodowego muzyka, którym jest na co dzień, z długodystansowym bieganiem na poziomie 80-90 km tygodniowo. Fakt, że idzie mu to nieźle, bo jak twierdzi zajmuje się tym bieganiem tylko po amatorsku, a jego życiówka w maratonie to „skromne” 3:19 ! No, aż strach pomyśleć, jaka to byłaby życiówka, gdyby zajął się tym bieganiem bardziej poważnie…

   Obaj szykują się do kolejnych maratonów, a Grzegorz startuje już za dwa tygodnie w Krakowie, podobnie jak co najmniej kilkoro innych moich znajomych, którzy pobiegną za tydzień maraton Orlenu w Warszawie. Radziłem więc Grzegorzowi, aby już wyluzował treningi. gdyż w ostatnich dwóch tygodniach przed maratonem niczego już nie wytrenuje, a możeco najwyżej jeszcze coś zepsuć. W każdym razie, ja nigdy w ostatnim tygodniu przed maratonem nie biegam więcej niż dwa razy – tzn. we wtorek (szybkie 10 km)i w czwartek (ostatni, wolny trucht na 5 km). W piątek i sobotę odpoczywam, a w niedzielę staję na maratońskim starcie. Wszystko po to, aby rozbudzić w sobie w ten sposób, autentyczny głód biegania i zachować tzw. „świeże nogi”, czyli niezamulone, zupełnie zbędnymi, treningowymi kilometrami. U mnie, to działało prawie zawsze, więc nie bardzo rozumiem biegaczy, którzy jeszcze na tydzień przed maratonem robią sobie długie wybiegania, a ostatnie dziesięciokilometrowe przebieżki w sobotę, w przeddzień startu. Ale w końcu każdy biega jak chce ! 😊

   Mimo uciążliwego wiatru, sunęliśmy we trójkę do przodu jak dobrze naoliwione lokomotywy, obserwując przy tym okolicę, która za Barcianami wyraźnie się wypłaszczyła i stała się jakoś… taka bardziej podmokła. Byliśmy bowiem na terenie Nadleśnictwa Srokowo, gdzie nie bez powodu, wśród tutejszej zwierzyny, królują bobry (oraz nietoperze). Chociaż żadnego nietoperza nie zauważyliśmy, to jednak w pewnym momencie naszą uwagę przykuł… „mój” własny Grzesiek, który czatował przy drodze z aparatem w ręku. Okazało się, że w przydrożnym zalewie wody, namierzył wielkiego bobra ! 😊 Dodam jeszcze tylko, że nikt z nas nigdy wcześniej nie widział żywego bobra z tak bliskiej odległości. Wrażenie – bezcenne!

    Natomiast kawałek dalej, gdy na moment stanęliśmy po piętnastu kilometrach biegu, żeby się posilić, zostaliśmy chyba wzięci za jakichś… przemytników. Ponieważ znajdowaliśmy się wtedy około 10 km od granicy państwa, podjechał do nas służbowy samochód Straży Granicznej i jej funkcjonariusze grzecznie nas wypytali, co tu robimy i skąd jesteśmy? Chyba jednak uwierzyli nam, że nie mamy w termosie żadnej kontrabandy alkoholowej, a jako biegacze – też chyba raczej nie palimy, więc zostaliśmy puszczeni wolno. 😊 Potem, zaliczyliśmy jeszcze miejscowość o wdzięcznej nazwie Kotki i po dokładnie 2,5 godzinach biegu dotarliśmy do Skandawy, gdzie był koniec dzisiejszego szybkiego i naprawdę bardzo miłego dla mnie etapu. Mam nadzieję, że dla moich dzisiejszych „olsztyniaków” także.

Suniemy do przodu jak dobrze naoliwione lokomotywy 🙂
Tutejsze bobry robią swoje 🙂
"Przemytnicy" blisko granicy... 🙂
Bóbr "wyczajony" przez Grześka
Nawet tutejsze bobry nas nie zatrzymały... 🙂
Na mecie. Ale dzisiaj daliśmy czadu ! 🙂
Odpoczywamy w Skandawie po intensywnym biegu...
Przewijanie do góry