W Żytkiejmach było nam tak cudownie, że nie chcieliśmy stamtąd po prostu wyjeżdżać ! Niestety trzeba było, gdyż o dwunastej miała na nas czekać w Jurkiszkach grupa biegaczy z Gołdapi. I jak się szybko okazało bardzo „wytrawnych” biegaczy!
Jak na przykład Rysiek, który według jego kolegów dopiero trzy lata temu…„wyszedł z lasu”, albo „z kopalni”, a teraz pobiegł maraton w Dębnie w czasie 3:16 ! Z kolei Marek, który biegł dzisiaj obok mnie najdłużej stwierdził, że poszło mu jednak słabo, bo zrobił zaledwie… 3:24 !!! No, jeżeli wszyscy biegacze z Gołdapi tak biegają maratony, to ja nie mam pytań ! Nic więc dziwnego, że tempo mojego dzisiejszego etapu było najszybsze z dotychczasowych. Z nimi po prostu nie dało się biegać wolniej! Tak więc, dawaliśmy równo, a półmaraton pokonaliśmy w czasie 1 godziny 51 minut. No nieźle… Widziałem, po twarzy Grześka, że mu się to nie specjalnie podobało. W końcu jutro, czeka mnie znowu kolejne 27 kilometrów. Ale ja byłem zadowolony, bo dla kilku towarzyszących mi dzisiaj biegaczy był to ostatni mocny trening przed Orlen Maratonem w Warszawie (za tydzień), a dla mnie była to naprawdę miła odmiana po kilku dniach samotnych i naprawdę ciężkich biegów.
Tematów do rozmowy w czasie biegu nam nie brakowało, bo biegacze to gadatliwy naród, więc poruszyliśmy masę zagadnień z których jednak zapamiętałem tylko kilka (tyle ich było, albo raczej pamięć już nie ta, co kiedyś…:). Oto jedna z zapamiętanych przeze mnie kwestii: Jak można zrzucić na wadze 50 procent w ciągu jednego dnia ? Wystarcz kupić ją dzisiaj za 100 zł, a jutro sprzedać za połowę ceny… Proste ? :).
Rozmawialiśmy jednak także o poważniejszych sprawach. Na przykład o kilku biegach organizowanych cyklicznie w Gołdapi, jak i o tym, że również i tutaj – pod rosyjsko-polską granicą – ludzie także zaczęli biegać. Niestety, rozmawialiśmy również i o tym, że pracy tutaj nie ma, więc młodzi już wyjechali – głównie do Londynu i Dublina – gdzie podobno należą do najbardziej pracowitych imigrantów. Z rzadka też ktoś z nich wraca, co raczej dobrze nie wróży tej, jakże pięknej mazurskiej ziemi, którą dzisiaj biegliśmy. To były głównie Szeskie Wzgórza, gdzie widzieliśmy po drodze wielkie żurawie, bociany i gągoła oraz sarny (tuż przy drodze !). Niestety widzieliśmy także, mocno zapuszczone, przydrożne cmentarze, którymi się nikt dzisiaj nie opiekuje. Bo i po co ? – skoro tam leżą przecież Niemcy. Naprawdę, żal mi tej ziemi, którą kiedyś stratowały liczne wojska, choć dziś tak naprawdę nie wiadomo po co…
Biegło nam się świetnie i nawet nie zauważyłem, kiedy pokonałem 600-tny kilometr „Mazury Tour 2013”. Na szczęście Grzesiek czuwał i mi o tym przypomniał więc zdążyliśmy jeszcze zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie ! Chociaż siedzę teraz wieczorem z nogą obłożoną lodem, to uważam, że dla tak wspaniałych chwil, naprawdę warto biegać ! Nawet jutro, kiedy czeka mnie przebiegnięcie kolejnych 27 km…
