Wystarczyło zaledwie kilka kroków i już wiedziałem, że dzisiejszy etap – mimo bardzo ładnej pogody do łatwych nie będzie należał. Po wczorajszym, wielokilometrowym, mazurskim „off-roudzie” nogi miałem ołowiane, o ciągłym bólu tej…lewej już nie wspominając. Co gorsza, wiedziałem, że na dzisiejszym etapie czeka mnie powtórka z rozrywki i pokonanie kolejnych, prawie 10 km po mazurskich bezdrożach. A już wczoraj poznałem, czym to pachnie…
A zaczęło się tak sympatycznie! Wprawdzie krótkim (czego ogromnie żałuję !), ale niezwykle miłym spotkaniem w siedzibie Nadleśnictwa Olecko, na którego terenie pokonywaliśmy ostatnie dwa etapy. Niestety czas naglił i musieliśmy dotrzeć na dość oddalone miejsce startu. Parę minut po 12-tej ruszyłem i zaraz wiedziałem, że ten dzień moim ulubionym nie będzie. Biegłem wprawdzie cały czas asfaltem (eskortowany w dodatku przez samochód straży leśnej Nadleśnictwa Olecko), ale nogi mnie dzisiaj nie niosły – jak to ujął…poetycko Grzesiek. Z dużym trudem pokonywałem pierwsze kilometry, szykując się jednak duchowo na końcową dyszkę w dniu dzisiejszym, już po całkowicie leśno-polnej drodze.
Biegłem sam, a lewa noga mnie bolała przy każdym uderzeniu stopy o asfalt, więc rozmyślałem sobie o… kontuzjach. Skąd te cholery się w ogóle biorą ? Niektóre powstają wskutek jakiegoś nagłego urazu i tego trudno uniknąć. Ale te drugie? Wychodzi sobie człowiek pobiegać i biega tak tydzień, dwa, miesiąc, pół roku – i nic się dzieje, aż tu nagle któregoś dnia rusza… i od razu JĄ czuje.
Tą podstępną „bestię” i zmorę wszystkich biegaczy ! Pół biedy, jak to jest taka kontuzja, że da się jednak poruszać nogami, gorzej gdy całkowicie to uniemożliwia. Wtedy prawdziwi biegacze dostają zwykle „cholery” – bo nie mogą sami biegać, a wokół widzą samych biegających… Oj trudno wtedy wytrzymać ! Z własnego doświadczenia biegowego wiem, że ten drugi rodzaj kontuzji, wynika zwykle z przeciążenia czyli z tego, że dany biegacz chce za dużo i za szybko ! Sam tak miałem nie raz, ale na szczęście od dłuższego czasu nic mnie nękało, choć biegałem tak dużo, jak nigdy wcześniej! Czy to dlatego, że od wielu miesięcy nie spożywam mięsa w żadnej postaci ? Nie wiem. A może dlatego, że mimo pokonywania setek kilometrów/miesięcznie nie doprowadziłem swoich mięśni i stawów do stanu ich „zarżnięcia” ? Czy może dlatego, że cały czas stosuję wspomaganie witaminowe i odżywki, żeby pomóc organizmowi znosić rosnące obciążenia? A może dlatego, że starałem się nigdy nie przekraczać łącznego dystansu 1000 km pokonywanego w jednych butach biegowych (mimo, że ich producenci rekomendują zwykle 1200-1400 km po asfalcie) ? A może dzięki temu, że biegam cały czas w opaskach kompresyjnych, które bardzo przyśpieszają regenerację mięśni i zmniejszają ich mikro-urazy ? A może to wszystko razem tak zadziałało? W każdym razie od pół roku, wszelkie kontuzje jakoś mnie omijały z wyjątkiem tej ostatniej, z którą się borykam od ponad 10 dni, ale tu wytłumaczenie jest akurat stosunkowo proste – nigdy w życiu nie biegałem po 25 km/dziennie i to przez 21 kolejnych dni z rzędu…
Z rozważań o kontuzjach wyrwał mnie zagadkowy tłum młodzieży na chodniku przed szkołą podstawową w Kowalach Oleckich. Ku mojemu zdumieniu wszyscy czekali tam właśnie na mnie! Bili brawo, pozdrawiali, przybijali „5-tki”. No nie powiem, było mi naprawdę bardzo miło ! A może któryś z tych dzieciaków zacznie dzięki temu krótkiemu spotkaniu w przyszłości biegać ? Byłoby super ! Podobna sytuacja powtórzyła się pół godziny później w miejscowości Pogorzel, gdzie tłum dzieciaków z tamtejszej szkoły „zatarasował” chodnik i trzeba było zrobić (z wielką przyjemnością !) pamiątkowe zdjęcia. Dalej nie było już tak przyjemnie, gdyż po 13 kilometrach zbiegłem z asfaltowej. dość ruchliwej szosy do lasu w kierunku na miejscowość Marinowo. Tam się pożegnaliśmy z naszą eskortą z Nadleśnictwa Olecko, a przejęła nas eskorta z kolejnego Nadleśnictwa Gołdap. Poza tym, mimo słońca zrobiło się zimno i musiałem założyć rękawiczki. W końcu znajdowałem w zakątku Polski, który jest uznawany za nasz, krajowy „biegun zimna” ! Niestety także, wkrótce asfalt w lesie też się skończył i zaczęła się dla mnie kolejna, mazurska… droga przez mękę. Chcąc dalej podążać leśno-polnym duktem musiałem zmienić buty na moje, terenowe „mantry”, które wczoraj tak pieczołowicie wyczyściłem. 😊 Okazało się, że zupełnie niepotrzebnie, bo po 100 metrach były znowu kompletnie utytłane. Na zmianę, mokry śnieg i rozjeżdżone polne błoto i tak przez około dziesięć kilometrów, z tym że dla ułatwienia zadania, zrobiło się jeszcze „pagórkowato”. I to tak konkretnie ! Z męczącymi podbiegami po 100-200 metrów. Ale tego było już jednak dla mnie za wiele jak na dzień dzisiejszy, więc gdy w końcu dotarłem do czarnego asfaltu w Zawiszynie, gdzie był koniec dzisiejszego etapu, to myślałem, że ze zmęczenia… pocałuję drogowskaz z nazwą tej miejscowości.
