Dzisiaj, po raz pierwszy w moim biegowym życiu przyszło mi biec dzień po dniu, po 25 km/dziennie ! Ale w końcu sam tego chciałem…
Po wczorajszym mocno wyczerpującym, śnieżno-ślizgowym początku i kłopotach z bolącą nogą, na dzisiejszym etapie miało być już znacznie mniej zaśnieżonego lasu, a więcej czarnego asfaltu. W efekcie, liczyłem na dużo lżejszy etap i takim się też okazał, choć raczej nie do końca. Ale o wszystkim po kolei…
Zaczęło się bardzo przyjemnie, bo… w Ameryce, gdzie powitała nas liczna grupa leśników z Nadleśnictwa Olsztynek, których reprezentanka Pani Danuta Mikielska, jako pierwsza osoba na trasie wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013” miała mi towarzyszyć na pierwszych kilkunastu kilometrach dzisiejszego etapu. Było mnóstwo śmiechu oraz pamiątkowych zdjęć, po czym zgodnie z planem, o 11:30 ruszyliśmy. Po kilku kilometrach wbiegliśmy do Olsztynka, gdzie najpierw powitał nas szpaler leśników tutejszego nadleśnictwa z flagą i oklaskami, a na końcu miasta spotkała nas kolejna niespodzianka, w postaci wspaniałego powitania pracowników sąsiedniego Nadleśnictwa Jagiełek. Niektórzy z nich, nawet z nami kawałek przebiegli !
W trakcie biegu, Pani Danuta opowiadała mi o pracy leśników w ogóle, o Nadleśnictwie Olsztynek, o samym Olsztynku oraz o swojej pasji biegowej, czyli biegach na orientację. Kolejne kilometry mijały nam bardzo szybko i po pierwszych, asfaltowych kilometrach, za miejscowością Lichtajny wbiegliśmy do lasu. Naprawdę pięknego ! 🙂 Ośnieżone, iglaste drzewa po obu stronach leśnego duktu, który był pokryty śniegiem, choć mimo to był dosyć twardy. Tylko miejscami, moje stopy ślizgały się po tym lodzie. Ale nie tak jak wczoraj, na pierwszym etapie. Na koniec wspólnego biegu odwiedziliśmy szkółkę leśną, gdzie czekali na nas jej gościnni pracownicy. Niestety, trzeba było biec dalej. Dalej – czyli już po 13 km – pobiegłem już sam. Asfaltową szosą w kierunku na Lubawę. Tam już biegło mi się miejscami naprawdę super, choć trochę przerażały mnie pędzące non-stop TIR-y. Trochę też sam nieco hamowałem, bo postanowiłem że dzisiaj pobiegnę wolniej niż wczoraj, w czego efekcie dystans półmaratonu (21,1 km) pokonałem kilka minut wolniej niż dzień wcześniej (dokładnie w czasie 2:01 godz.)
I wtedy, kiedy już mi się wydawało, że w tak dobrej kondycji dociągnę lekko do końca zaczęło się co dziać. Jak to zwykle w biegach długodystansowych. Najpierw poczułem dość znajomy ból w palcach prawej stopy, który jednak „wypuściłem uszami” (jak radzi Scott Jurek), bo wiedziałem już, że obtarłem sobie palce i po zdjęciu buta będę miał zakrwawioną skarpetkę. To Pikuś! Wkrótce potem zaczęły się Mazury Garbate, czyli tutejsze pagórki, a w konsekwencji podbieg za podbiegiem… Nie musiałem nawet długo czekać, żeby odezwała się „wczorajsza” noga. Na każdym kolejnym podbiegu, ból stopniowo narastał, więc mocno zwalniałem. Ale na szczęście, meta była już blisko.
