W kultowym „Władku”…
Na szesnastym etapie Baltic Tour – „mi amigo el viento” – znowu pokazał co potrafi. W nocy, znienacka przeskoczył sobie z otwartego morza na lewą stronę „Krowiego Ogona” (czyli Płw. Helskiego) i zaatakował nas…z Małego Morza. Od okolic Kuźnicy i wiał już do samego Władysławowa, z każdym kilometrem coraz mocniej. Wcześniej udawało się nam z Januszem jakoś skrywać za nadmorskim lasem, albo zabudowaniami, ale później musieliśmy już wybiec na otwartą przestrzeń. Białe grzywy fal na wodach Zatoki Gdańskiej tylko pokazywały siłę wiatru, która wciąż narastała. Na szczęście, przewidując taki obrót sprawy (czytaliśmy prognozy pogody) wystartowaliśmy dzisiaj prawie 40 minut wcześniej niż zwykle, dzięki czemu uniknęliśmy najgorszego – bo wiatr przeszedł później w naprawdę sztormowy i zaczęło padać. Ale my wtedy już dotarliśmy do Władysławowa, czyli potocznie mówiąc „Władka” – wakacyjnej Mekki tysięcy Polaków nad Bałtykiem…
Nie miałem zamiaru dzisiaj plażować we Władysławowie, gdyż pogoda ku temu nie sprzyjała, a poza tym plaży mam już dość na dłuższy czas, ale chciałem za to zobaczyć wystawę multimedialną – „Praca Rybaka: jak, gdzie, czym ?”. Niestety, okazało się, że jest zamknięta do odwołania, więc nie mogłem pogłębić swojej wiedzy na temat rybołówstwa, której to sporą garść zaczerpnąłem w innym muzeum poświęconym temu tematowi, a mianowicie w Niechorzu. A skoro jednym z haseł przewodnich wyprawy Baltic Tour jest zrównoważony rozwój, to dzisiaj opowiem trochę o…zrównoważonym rybołówstwie. Zacznijmy od tego, że Polska nie jest żadnym potentatem w jedzeniu ryb, a statystyczny Polak zjada ich około 12 kg rocznie, podczas gdy średnia w UE to ponad 24 kg, a dla porównania w Hiszpanii jest to 46 kg, natomiast w Portugalii, to aż 57 kg/osobę rocznie. Ale tutaj na polskim wybrzeżu Bałtyku nie zjeść ryby to grzech ! Więc jem te ryby na okrągło, od samego Świnoujścia. I postanowiłem nawet opublikować już po zakończeniu całej wyprawy Baltic Tour swój własny ranking kulinarny dań rybnych z przebiegniętego Wybrzeża…
Ale póki co, dowiedziałem się na przykład we wspomnianym muzeum w Niechorzu, że największy dorsz, jakiego złowiono w Bałtyku ważył, aż 24 kg ! Dzisiaj podobno, takich okazów już nie ma, a poza tym łowienie ryb w morzu Bałtyckim jest coraz trudniejsze, bo wszędzie obowiązują okresy ochronne, kiedy konkretnych ryb nie wolno łowić. I tak na przykład gdy jakaś placówka gastronomiczna nad morzem zaoferuje nam „świeżego” dorsza – w okresie od maja do końca sierpnia, czyli w środku lata we „Władku” – to będzie to raczej dorsz mrożony, niż świeży…Nie wiedziałem również, że na naszym wybrzeżu jest ponad 70 wyznaczonych portów, przystani i miejsc wyładunku ryb, a blisko połowa tych miejsc jest położona bezpośrednio na plażach, zaś najważniejszymi portami są: Kołobrzeg, Hel oraz Władysławowo (gdzie wszędzie dobiegłem !). To do tych miejsc przybijają łodzie rybackie, kutry i trawlery. A czy wiecie, czym one się różnią ? Ja też nie wiedziałem, ale teraz już wiem, że łódź rybacka ma do 15 m długości, a kuter to mały statek napędzany zazwyczaj silnikiem spalinowym o mocy do 400 KM. Natomiast trawler to większy statek rybacki przystosowany do połowu ryb dennych za pomocą sieci ciągnionych za statkiem (włoki) i mogą być to albo trawlery przetwórnie, albo trawlery zamrażalnie. Natomiast cała polska flota rybacka wynosi obecnie trochę ponad 800 jednostek, z których prawie każda jest w stanie dzięki nowym technologiom łowić tyle ryb, co dziesięć dawnych kutrów rybackich, a więc naprawdę bardzo dużo. I tu dotykamy sedna problemu pod tytułem – „zrównoważone rybołówstwo”. Czymże ono jest w istocie ?
Otóż w największym skrócie chodzi o to, aby zrównoważone połowy nie zaburzały naturalnej równowagi w ekosystemie morskim, pozostawiając więcej ryb w morzach i oceanach, sprzyjając w ten sposób innym morskim zwierzętom. Te połowy powinny być prowadzone odpowiedzialnie i zgodnie z obowiązującym prawem (okresy ochronne dla poszczególnych ryb), aby zapewnić ciągłość populacji danego gatunku. I to nie są „jakieś tam” ograniczenia połowowe, bo w latach 70-tych Polska łowiła 100 tys. ton dorsza rocznie, a teraz może tylko 13 tys. ton, więc nic dziwnego, że bałtyckiego dorsza w naszych sklepach prawie nie ma.
A co najbardziej zagraża równowadze środowiska morskiego ? To zwłaszcza „przełowienie” – czyli sytuacja w której z danego stada ryb w określonym czasie wyławianych jest więcej ryb niż będzie się w stanie odrodzić. Zjawisko „przełowienia” jest problemem globalnym, a w Bałtyku nadmiernie przeławiane są głównie stada dorszy. Kolejnym, jest niszczenie dna morskiego, do którego dochodzi przy stosowaniu włoków (sieci) dennych. To praktyka połowowa polegająca na wleczeniu po dnie obciążonej sieci ogromnych rozmiarów i zgarnianiu do jej środka wszystkich organizmów żyjących przy morskim dnie (niezależnie od tego, czy były one celem połowów czy też nie). Ta metoda połowów powoduje ogromne straty w morskim środowisku.
Na koniec tej rybnej dygresji dodam, że ryby i owoce morza to dzisiaj podstawa diety dla około 3 miliardów ludzi na świecie, a decyzje, które codziennie podejmujemy w sklepach, mają duży wpływ na to, co robią producenci ryb oraz rybacy. Jeśli będziemy wybierać produkty spełniające standardy zrównoważonego rybołówstwa, to nasze dzieci i wnuki wciąż będą mogły jeść ryby… Dlatego też kupując ryby w sklepie warto na przykład wiedzieć, że niebieski skrót MSC oznacza dzikie ryby i owoce morza. Natomiast te pochodzące z hodowli, oznaczane są zielonym znakiem ASC. Z kolei, polskie logo „Naturalnie Bałtyckie” informuje nas o tym, że mamy do czynienia z rybą bałtycką, złowioną przez polskich armatorów.
