Etap 13 – Na przekór wrednej pogodzie 2013-04-01

Podążam dalej, choć dzisiaj rano, jak wyjrzałem za okno to mi się odechciało. Wszystkiego ! W ciągu nocy spadło na Mazurach ponad 20 cm śniegu i według prognoz miało padać dalej, aż do późnego popołudnia. I padało, więc co ja mogłem zrobić? Nic, tylko brnąć w te Mazury dalej…

Dzisiejszy etap zaczął się nieciekawie nie tylko z powodu fatalnej pogody (śnieg i wiatr), ale także z powodu wczorajszej kontuzji lewej nogi. Wprawdzie wieczorem intensywnie wcierałem zabrane ze sobą maści oraz własnoręcznie „zatejpowałem” sobie bolące miejsce taśmą-plastrem Kinesio, ale dzisiaj, gdy tylko ruszyłem bolało już tak, że ten wczorajszy ból to była… bułka z masłem. Cały czas kuśtykałem, a każde uderzenie lewej stopy o asfalt ten ból tylko wzmagało. Szybko też zauważyłem, że jak biegnę po śniegu to boli trochę mniej, więc podążałem skrajem drogi, taplając się co chwila w pośniegowym błocie. Mimo nałożonych ochraniaczy, już po kilku kilometrach miałem mokro butach. Nie miało znaczenia, czy biegnę szybko, czy wolno – bolało tak samo. Wreszcie, po piątym kilometrze nie wytrzymałem i wziąłem środek przeciwbólowy i posłucham rady Grześka, który kazał mi biec lewą stopą bardziej na śródstopiu, nie używając pięty.  Trochę pomogło, a może to zadziałał wspomniany środek. Niemniej zauważyłem również, że najgorzej bolało gdy przestawałem biec i ruszałem ponownie, gdy natomiast biegłem bez zatrzymywania to po pewnym czasie ból się nieco zmniejszał. Postanowiłem w związku z tym, że skoro ten ból nie dał się wczoraj, ani dzisiaj…”wypuścić uszami”, to go po prostu zabiegam ! Jak zresztą czyni wielu biegaczy, choć czasem później tego mocno żałują. Wrzuciłem więc drugi bieg i w miarę szybko – jak na dzisiejsze warunki atmosferyczne – pokonałem kolejne 5 km. Pomagało, że starałem się biec cały czas po śniegu, który amortyzował uderzenia. Niestety, w miejscowości Rozogi (siedziba tutejszej gminy) wbiegłem na czarny asfalt i od razu „zatęskniłem” do tego… w kolorze białym, który na szczęście znowu się pojawił tuż za Rozogami. Zajęty ciągłą walką z bólem lewej nogi, nie zwracałem zbytniej uwagi, ani na wciąż padający śnieg, ani na obryzgujące mnie błotem samochody (i tak już miałem mokre buty !), ani na tempo w jakim biegłem. Tak dobrnąłem do połowy dzisiejszego etapu, gdzie dołączył do mnie Macek z Nadleśnictwa Spychowo, mój towarzysz na wczorajszym etapie. Dzięki rozmowie w trakcie biegu, mogłem odwrócić swoją uwagę od bolącej nogi. Szkoda, że nie mógł nam towarzyszyć również Adam, ale podobno jego pies – rasy husky miał dzisiaj zakwasy po naszym wczorajszym biegu :). Maciek dobiegł ze mną, aż do samej granicy Nadleśnictwa Spychowo, które dało nam również dodatkową eskortę w postaci dwóch samochodów, które nie pozwoliły nam zabłądzić na tutejszych drogach…trzeciej kolejności odśnieżania. Dalej zaczynał się już obszar zarządzany przez Dyrekcję Lasów Państwowych z Białegostoku. W ten sposób, opuściliśmy bardzo gościnne dla nas miejsca olsztyńskich leśników i rozpoczęła się „podlaska” część Mazury Tour 2013. Mamy nadzieję, że będzie równie udana. Wkrótce też, mało ciekawy – polny krajobraz Mazur zaczął się powoli zmieniać.

Drzew przybywało i przybywało, aż w końcu znalazłem się w… głębokim lesie. A dokładniej, w  prawdziwej puszczy (!), czego pierwszym efektem była utrata sygnału przez moje endomondo (po 20 km biegu). Przed sobą miałem też jeszcze długą, wielokilometrową leśną drogę prowadząca do miejscowości Karwica nad jez. Nidzkim, gdzie była usytuowana meta dzisiejszego etapu. Z braku lepszego zajęcia oraz  mniejszego bólu zacząłem więc jak zwykle rozmyślać… Przypomniałem sobie, że wczoraj zadano mi pytanie: jak można przez tyle dní, tak dzień po dniu w ogóle biegać po 25-30 km dziennie ? Hhm… jak widać na moim przykładzie, jakoś można, ale jak brzmi bardziej dogłębna odpowiedź ? Moim zdaniem, liczą się trzy czynniki. Po pierwsze, dobrze wytrenowany i odporny na fizyczne dolegliwości organizm (chyba taki posiadam…), po drugie umiejętność jego szybkiej regeneracji (chyba to potrafię) oraz po trzecie i chyba najważniejsze to – głowa !

Biegamy wprawdzie nogami, ale to właśnie głowa decyduje o tym – ile kilometrów i jak je przebiegniemy (np. komfortowo, czy w tzw. trupa) oraz w jakim czasie (przynajmniej w założeniach, bo praktyczna realizacja tego to już zupełnie inna sprawa…). Natomiast na podstawie trzynastu pokonanych dzień po dniu, etapów Mazury Tour”, czyli łącznie 351 kilometrów, mogę potwierdzić, że nie liczba samych kilometrów, alewłaśnie stan głowy liczy się najbardziej ! Dlatego na przykład, ani razu nie próbowałem „połykać” którekolwiek z etapów w całości, ale zawsze „skubałem” je po kawałku od jednej miejscowości do drugiej, nigdy od startu do mety! Podobnie, zawsze robię tak na maratonach – nie myśląc na przykład tak: „O rany mam do przebiegnięcia, aż 42 km !” – bo to po prostu wykańcza psychicznie (zwłaszcza na początku maratońskiego biegu)! Tak więc, trasę każdego maratonu „kawałkuję” sobie zwykle na krótsze, parokilometrowe odcinki, które jak już pokonam, to przechodzę do kolejnych. Podobnie, robię teraz i nie myślę na przykład, że mam jutro przebiec 25 km ogółem, ale że najpierw muszę pokonać dystans z miejscowości Karwica, gdzie obecnie jestem do tej najbliższej, czyli – Turośli, a potem do… Lipy Tylnej i dalej do… Lipy Przedniej. Dopiero jak już dotrę do tej ostatniej miejscowości, to zainteresuję się metą (w Jabłoni k. Pisza). Wprawdzie bieg na 25-27 km to nie maraton, ale przecież na tyle długi, że wiele po drodze może się zdarzyć.

Dlatego nie warto w przypadku długodystansowych biegów (powyżej 21 km), myśleć już na starcie o mecie, do której jest wówczas jeszcze baaardzo daleko ! Właśnie, dokładnie tak postępuję obecnie w trakcie Mazury Tour, bo gdybym myślał o tym, ile jeszcze kilometrów mam do pokonania, to bym się pewnie załamał. A tak myślę wyłącznie o tych kilometrach, które już pokonałem oraz o tych, które będą wyłącznie jutro.

 

Brnę dalej...w tym śniegu 🙁
Niewiele wtedy było widać...
Łatwo wtedy nie było...
Na dzisiaj mam dość...
Przewijanie do góry