Zauważyłem już pewną prawidłowość, że ilekroć kolejny etap trasy ma być lekki i w miarę przyjemny, to za każdym razem pojawiają się schody. Kiedy natomiast biegłem najcięższe, ponad 30-kilometrowe etapy, albo te w koszmarnej pogodzie (jak choćby ten wczorajszy), to biegnie mi się całkiem dobrze. Z czego to wynika? Jeszcze nie wiem…
Dzisiaj było dokładnie tak samo – etap płaski, jedna długa, prosta droga bez zakrętów i zbyt wielu miejscowości. W dodatku, pogoda się nieco poprawiła i nie wiało już tak strasznie, a tu co ? Biegło mi się bardzo ciężko ! Nic mi wprawdzie specjalnie nie dolegało, ale nogi miałem jak z waty i wszystko mnie jakoś strasznie denerwowało. Najpierw, dostało się Grześkowi za to, że jechał na miejsce startu przez zaśnieżony las zupełnie jak… Robert Kubica. Potem się denerwowałem, bo czas już nie było, a ja musiałem jeszcze dostosować moje dzisiejsze ubranie do panujących warunków (właśnie zaczął znowu padać śnieg !). W końcu ruszyłem i…na dzień dobry zostałem obryzgany od góry do dołu pośniegowym błotem przez dwie przejeżdżające obok ciężarówki. Ale nic tam, podążałem dalej…
Pierwsze pięć kilometrów to była prawdziwa mordęga, choć biegłem nieco szybciej, żeby się rozgrzać. Moje nogi nie słuchały mnie dzisiaj zupełnie ! Całe szczęście, że już tak nie wiało jak wczoraj, a ruch pojazdów na szosie (przecież to Wielka Sobota…) stawał się coraz mniejszy. W końcu było tak, że jeden samochód przejeżdżał na 5-10 minut. Poza tym, prawie żadnych miejscowości jedynie rozlegle, mazurskie pola, a potem już tylko zaśnieżone lasy po obu stronach drogi, która wyglądała jak wielokilometrowy pas lądowania dla samolotów. Droga ciągnęła się po horyzont, a wokół żywego ducha. Nawet Grzesiek gdzieś mi odjechał i tyle go nie widziałem. Zdjąłem słuchawki. Cisza była taka, że w uszach dzwoniło… Po obu stronach asfaltu zaśnieżone choiny, żadnych znaków drogowych, ani śladu ludzkiej obecności. W dodatku, cały czas pochmurno i mokro (było około zera stopni) i jakoś tak szaro-nieciekawie. W pewnym momencie, poczułem się jakbym znalazł się gdzieś na dalekiej Syberii, którą opisywał w swojej genialnej książce „Pojedynek z Syberią” Romuald Koperski. Kolejne kilometry wlokły się jak makaron. W tak pięknych okolicznościach przyrody, nastrój miałem coraz gorszy.
Dla zabicia czasu pogrążyłem się w rozważaniach na temat samotności i biegania. Jakoś tak się bowiem składało w moim, biegowym życiu, że biegałem głównie sam. Setki i tysiące kilometrów pokonanych na treningach przyzwyczaiły mnie do tej samotności. Dość szybko też pojąłem, że długodystansowe bieganie, to raczej typowo „wilcze” zajęcie, a tytuł znanego filmu „Samotność długodystansowca” nie wziął się z przypadku.
Muszę się też przyznać do tego, że w jakimś sensie, to samotne bieganie zmieniło mnie również jako człowieka, nauczyło bowiem rozmawiać ze sobą samym i niestety… trochę również zamknęło wobec innych niebiegających ludzi. No bo cóż oni mogą na ten temat wiedzieć ? Kto pokonuje samotnie bez względu na pogodę dziesiątki kilometrów tygodniowo, ten wie o czym mówię… Takie przemyślenia wprowadziły mnie w stan melancholii i nawet muzyka w słuchawkach nie była żadnym napędem (a zwykle przecież jest !). Niestety, zbyt dobrze już znam swój biegowy organizm, żeby nie domyślać się, co mogło być dalej… Tak więc, specjalnie się nie zdziwiłem, jak za miejscowością Przeździęk Wielki, czyli gdzieś w połowie dzisiejszej trasy, dopadł mnie prawdziwy kryzys ! Już po raz drugi, w czasie Mazury Tour. Wprawdzie nie tak obezwładniający fizycznie, jak ten spod Susza gdy nie miałem kompletnie siły, ale niemniej dokuczliwy, bo… psychiczny. Niby nic mnie nie bolało, siły do biegu wciąż miałem, ale nagle odechciało mi się biec dalej ! W głowie jak zwykle w takich sytuacjach, pojawiło się zaraz totalne „czarnowidztwo”! Grzesiek od razu się zorientował, że coś złego się dzieje i wyglądam jakoś nietęgo, więc kazał mi się zatrzymać na dłużej i… nakładał mi przez ten czas do mojej skołatanej głowy. Co ja bym bez niego zrobił !
W końcu po zjedzeniu banana i kawałka czekolady ruszyłem dalej, cały czas analizując (za Scottem Jurkiem…) – co zrobiłem nie tak ? O czym zapomniałem, gdzie popełniłem błąd, że tak mnie nagle „siekło” ? Racjonalną odpowiedź znalazłem dość szybko – to z powodu niewyspania! Ostatniej bowiem nocy, spałem wszystkiego może 3 godziny, a przecież już sam Serge Girard mówił mi kiedyś, że sen przy takich, długich, wielodniowych biegach jest absolutnie najważniejszy ! On sypiał zwykle po 10 godzin w trakcie jego biegowych wypraw przez wszystkie kontynenty. Cholera, jakoś o tym zapomniałem. Rozwiązanie zagadki mojej dzisiejszej słabości, trochę mnie pocieszyło, więc następne parę kilometrów pokonałem w miarę szybko, choć o żadnej radości biegania (endorfiny, itp. sprawy) mowy dzisiaj być nie mogło. Nie rozglądałem się wokół. Nie wiedziałem nawet, czy biegłem wolno, czy szybko, bo w ogóle nie patrzyłem na mojego Garmina. Ot tak, po prostu biegłem przed siebie. Obudziłem się z tego letargu, wbiegając już do Wielbarka, czyli po 22 km dzisiejszego biegu. Natomiast ostatnie pięć kilometrów pokonałem tzw. „Galloway-em”, czyli kawałek biegnąc, kawałek idąc i znowu biegnąc, idąc, itd. No cóż, wiem już od dawna, że bieganie nie zawsze sprawia radość. Może jutro się ona pojawi, bo nie będę znowu biegał sam.
