Przez „Lazurowe wybrzeże” Bornholmu…
Dzisiaj miało być łatwiej. Przynajmniej, tak zakładałem wczoraj, ale szybko się okazało w jakim byłem błędzie. Po pierwsze, od samego rana mocno wiało, dlatego opóźniłem nieco start mając nadzieję, że z biegiem dnia wiatr osłabnie. Niestety, nie osłabł i po jakimś czasie musiałem biec już w okularach, nie z powodu słońca, ale żeby chronić oczy przed tym wiatrem. Po drugie, płaski Bornholm zaserwował mi dzisiaj taką ilość pagórków, wzniesień, a tym samym podbiegów, że to co było wczoraj to był pikuś. Po trzecie, nawierzchnie po których dzisiaj biegłem okazały się bardzo zróżnicowane. Najpierw był asfalt, potem szutrowa ścieżka w lesie, znowu asfalt, a później polna ścieżka i piaszczysta plaża. Gdy ta po 2 km się skończyła, wbiegłem na kamienisty i nierówny dukt leśny, gdzie musiałem mocno zwolnić bojąc się o swoje nogi. Na koniec znowu wróciłem na asfalt, tyle tylko, że musiałem znowu pokonywać podbieg za podbiegiem. W efekcie, na końcu dzisiejszego etapu byłem totalnie wykończony i bolały mnie mięśnie czworogłowe w udach. Te podbiegi to jedno, ale bieganie po plaży, po polu i w lesie w asfaltowych butach (z carbonem w podeszwie) też mi się nie przysłużyło. Niestety, innych butów nie wziąłem, bo zakładałem, że będę biegał wyłącznie po asfalcie. Ale już dość tego marudzenia i czas napisać coś o okolicach przez które dzisiaj przebiegałem.
Generalnie biegłem dzisiaj przez „Lazurowe wybrzeże” Bornholmu, czyli ulubione miejscowości letników oraz amatorów sportów wodnych. Znajdują się tutaj najpiękniejsze plaże na całym Bornholmie na czele z wręcz bajkową Dueodde, gdzie piasek jest faktycznie niewiarygodnie biały i drobny. Do tego dochodzi lazurowy kolor wody przy brzegu, że naprawdę można odnieść wrażenie, że jest się na Lazurowym Wybrzeżu gdzieś na południu Francji. Chociaż pogoda dopisywała na plaży było bardzo mało ludzi i żadnego parawanu ! Dosłownie, żadnego… Kolejną piękną plażę zobaczyłem w miejscowości Balka. Długa na prawie 2 km i szeroka na jakieś 50 metrów, a do tego bardzo czysta z przepięknym, białym piaskiem. Przebiegłem ją całą, docierając do jakiejś polno-leśnej ścieżki, którą następnie dotarłem do rezerwatu dzikiego ptactwa nie opodal Nexo. W życiu nie widziałem takiej ilości ptaków nad Bałtykiem ! Wszystkie miejscowości, które dzisiaj przebiegałem były wprost zachwycające. Wokół cisza i spokój, czysto, żadnych śmieci (nigdzie !). Poruszające się wolno samochody i rowerzyści, którzy wręcz panują na tutejszych drogach. Wszechobecne, duńskie flagi, a do tego kolorowe, pięknie utrzymane domki, głównie w parterowej zabudowie z przydrożnymi straganikami, gdzie można kupić miód, domowe dżemy, kartofle, albo cebulę i drewno do kominka, a także wyroby ceramiczne i szklane. Nikt tego nie pilnuje i nie ma żadnej obsługi. Jest tylko przypięta cena oraz metalowa kasetka na pieniądze, gdzie należy uiścić opłatę. Ciekawe jak u nas by to wyglądało i jakby na tym wyszedł właściciel przydomowego straganiku 😊 Poza samym Nexo, czyli drugim, co do wielkości mieście na duńskiej wyspie, największe wrażenie zrobiło na mnie maleńkie Arsdale, leżące nad samym brzegiem morza, tak, że prawie wszystkie ogródki mają widok na morze, a nierzadko także własne wyjście na plażę. Kolejne, pozytywne doznanie dzisiejszego dnia to mijający mnie na trasie ludzie – piesi z plecakami i rowerzyści w bardzo różnym wieku, od młodzieży szkolnej do emerytów. Wszyscy jacyś zadowoleni, uśmiechali się do mnie, pozdrawiali, a niektórzy machali ręką na powitanie, nawet z drugiej strony drogi.😊
Jak już wspomniałem, dzisiejszy etap dał mi porządnie w kość, a twarz wysmagana wiatrem piecze mnie nawet teraz wieczorem, gdy piszę te słowa. Na szczęście prognoza pogody na jutro jest dość optymistyczna i nie powinno padać, a wiatr ma już słabnąć. W trakcie dzisiejszego etapu przebiegłem w całości wschodnie wybrzeże Bornholmu i jutro ze Svaneke rozpoczynam biegową przygodę na północnym brzegu wyspy. Z tego co już wiem, jest ono bardziej skaliste, klifowe, a piaszczystych plaż jest tam jak na lekarstwo. Niemniej jest podobno piękne i warte obejrzenia. Na koniec, coś niecoś o kulinariach 😊A jakże, oto bowiem, zjadłem dziś wieczorem słynnego „wędzonego bornholma”, który był kulinarnym rarytasem już ponad 100 lat temu w Kopenhadze. W kultowej wędzarni Nexo Gamle Rogeri podano nam go w sposób tradycyjny, czyli – przepysznego, wędzonego w olchowym dymie śledzia serwowanego na kromce ciemnego, żytniego chleba z rzodkiewką, szczypiorkiem, surowym żółtkiem i cebulą. Pycha ! 😊A do tego lokalne piwo z pobliskiego Svaneke, gdzie dzisiaj dobiegłem. Porcja była tak wielka, że po jej zjedzeniu nie mogłem wstać od stołu. Ale to być może także, z powodu dzisiejszego zmęczenia…
