Start na najsłynniejszej ulicy świata – Champs Elysees, czyli na Polach Elizejskich, których szerokie jezdnie są zamykane dla ruchu samochodowego tylko trzy razy w roku: na święto narodowe Francji, na zakończenie wyścigu kolarskiego Tour de France oraz właśnie na maraton. Rokrocznie w tym biegu uczestniczy ponad 30 tysięcy biegaczy z całego świata, a mimo to Paryż wciąż stoi w kolejce do elity słynnych „Majors-ów”, czyli największych maratonów świata.
Paryski maraton ukończyłem dwukrotnie na przestrzeni kilkunastu lat. Co do jego organizacji nie mogę mieć większych zastrzeżeń poza pogodą, która za każdym razem była diametralnie różna, chociaż data samego maratonu wcale się nie zmieniła i wciąż jest to zwykle początek kwietnia. Niestety za pierwszym razem trafiłem na ekstremalny dla biegania maratonu upał – w cieniu było wtedy 28 stopni ! – a za drugim razem musiałem się zmierzyć z dużą wilgocią w powietrzu i dojmującym zimnem (zwłaszcza przed startem, brrr !). Niemniej maraton w Paryżu należy do moich ulubionych, gdyż ja po prostu kocham to miasto w którym w swoim życiu byłem i mieszkałem wielokrotnie. Choćby dlatego znam je naprawdę dosyć dobrze. Biegałem ulicami Paryża wielokrotnie, nie tylko podczas maratonów, ale także na moich porannych treningach w tym mieście. Zawsze było fajowo ! 😊

Za pierwszym razem gdy biegłem ten maraton było bardzo ciepło. Już przed startem o 8:30 rano ostrzegano biegaczy przed wysoką temperturą – „pijcie dużo !”. Na starcie było około 16 stopni, a potem temperatura wzrosła, aż do 28 stopni ! Niestety, wszyscy się ugotowali… Po wielu latach stanąłem na starcie paryskiego maratonu po raz drugi. Tym razem, sytuacja była diametralnie różna – na starcie były 2-3 stopnie z przenikliwie zimnym wiatrem. W sumie, nie wiem co było lepsze… 😊 W każdym razie maratoński bieg ulicami Paryża ma zawsze w sobie, coś wyjątkowego – jak bowiem może być inaczej, gdy przebiega się obok wieży Eiffla, Luwru, katedry Notre-Dame, przez wielkie place Concorde oraz Bastylii, lasek Buloński, avenue Foch z metą w okolicy Łuku Triumfalnego. Trasa maratonu prowadzi przez ścisłe centrum Paryża z długimi (na 2-3 km) tunelami wzdłuż Sekwany, które stanowią jedną z największych trudności tego biegu (przez wielusetmetrowe podbiegi na wybiegach z tych tuneli).

Na trasie maratonu poza wspaniałymi bulwarami oraz zabytkami znajdują się także dwa duże kompleksy leśne – Bois de Vincennes (9 – 18 km biegu) oraz Bois de Boulogne (34 – 41 km), z których zwłaszcza ten ostatni daje solidnie w kość. Niestety trasa paryskiego maratonu nie jest płaska lecz dosyć pofalowana. Lekko wznosi się od 8-go do 18-go kilometra (ww. las Vincennes), po czym nieco opada, by znowu zacząć się wznosić od 30-go kilometra, aż prawie do samej mety. To sprawia, że rekordy świata tutaj nie padają (jak w Londynie i Berlinie…), ale atmosfera biegu jest naprawdę wspaniała. Ogromne wrażenie robi zwłaszcza start biegu na Polach Elizejskich, gdzie oczekuje kilkadziesiąt tysięcy biegaczy oraz drugie tyle kibiców. Trochę zastrzeżeń można mieć do usytuowania samej mety w dość mało eksponowanym miejscu na bulwarze Focha. Oczywiście marzeniem startujących w Paryżu maratończyków byłaby z pewnością meta biegu ulokowana w Łuku Triumfalnym na rondzie generała de Gaulla (Charles de Gaulle – Etoile), ale to chyba nie będzie możliwe z powodów komunikacyjnych. Pod tym względem, maraton w Paryżu wypada nieco słabiej niż Berlin, Londyn, czy Nowy Jork, gdzie tamtejsze maratony kończą się bardziej spektakularnie. W Paryżu jest też dużo mniej kibiców na trasie, zwłaszcza na obu, długich odcinkach leśnych. Niemniej paryski maraton, który prawie zawsze jest rozgrywany w pierwszej połowie kwietnia jest wart polecenia każdemu, kto po dobrze przepracowanej, biegowej zimie chciałby się sprawdzić na królewskim dystansie. Tylko musi mieć zaświadczenie od lekarza, że może stanąć na starcie maratonu, czego organizatorzy bardzo skrupulatnie pilnują i nikomu nie przyznają numeru startowego bez „Health Prevention Course”.
Krzysztof Szwedzik


