To była moja trzecia, hiszpańska perła z cyklu „Las Cinco Grandes”, czyli „Wielkiej Piątki” oraz mojej „Korony maratonów Hiszpanii”. Do całej korony brakuje mi jeszcze trzech maratonów: w San Sebastian, Madrycie oraz Maladze.

Wracając do Sewilli muszę przyznać rację temu komuś kto powiedział kiedyś: „Quien no ha visto Sevilla, no ha visto maravilla”, czyli, że „kto nie widział Sewilli ten nie widział cudu”. I faktycznie, Sewilla jest tak piękna, że zachwyca od pierwszego wejrzenia. Jak…kobieta, bo Sewilla jest kobietą – czarującą i powabną, jak tutejsze flamenco, tapas, pogoda, pomarańcze oraz wino:)
Byłem w Sewilli wiele lat temu, kiedy jeszcze nie biegałem i już wtedy to miasto urzekło mnie swoim pięknem – wspaniałymi ulicami, starymi budynkami zachwycającej urody, zabytkami, cudownymi parkami, a także wspaniałym klimatem oraz niezwykle przyjaznymi turystom, mieszkańcami. Tak więc, z wielką przyjemnością przybyłem do Sewilli po raz kolejny mając nadzieję, że tym razem w lutym nie będzie tutaj zbyt gorąco (podczas mojej pierwszej wizyty w Sewilli hiszpańskim latem, o 10 rano było tu 36 stopni, więc o bieganiu wtedy nie było mowy).
Dodatkowo, zachęcał mnie również wyjątkowo płaski profil trasy tutejszego maratonu, gdzie nie ma praktycznie żadnych wzniesień. Poza samym maratonem, chciałem również zobaczyć w Sewilli – słynną „La Giraldę” oraz sarkofag ze szczątkami Krzysztofa Kolumba – czyli człowieka, który odkąd pamiętam był moim osobistym, wielkim bohaterem.

I wszystko się udało, z wyjątkiem… maratonu. Z jego trasy wprawdzie zobaczyłem nie tylko ww. „La Giraldę”, ale także Złotą Wieżę („Torre del Oro”) oraz przepiękny plac „Plaza de Espana”, który może być pokazywany jako wzór zagospodarowania okalającego terenu w niebywale ekscytujący sposób. Niestety sam maraton w moim wykonaniu okazał się nieco inny… Do około 26 km biegu wszystko szło zgodnie z planem zakładającym ukończenie maratonu w czasie ok. 3:45 godz. Wprawdzie temperatura powietrza rosła, ale my biegliśmy ulicami w cieniu okolicznych budynków. Później niestety, wybiegliśmy na otwarte przestrzenie, gdzie hiszpańskie słońce dawało już mocno popalić… Z trasy maratonu pamiętam jeszcze późniejsze – otwarte place, gdzie nie było się gdzie schować przed tym słońcem oraz szerokie ulice pozbawione jakiegokolwiek cienia. Kiedy wykończony tym lutowym upałem dotarłem w okolice 40-go kilometra maratonu miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Przestałem wtedy już walczyć o jak najlepszy wynik i postanowiłem jak najwięcej zobaczyć i zapamiętać widoki z końcówki trasy maratonu w Sewilli (zapamiętałem na przykład remontowany wówczas budynek ambasady Peru, w którym przecież kilka wieków temu urzędował Wicekról Hiszpanii…). W tych warunkach, sam bieg udało mi się skończyć w czasie nieco ponad 4 godzin, ale naprawdę nie mogłem się doczekać jego mety, gdyż bardzo chciałem zobaczyć Sewillę już okiem turysty, a nie biegacza. Zależało mi zwłaszcza na obejrzeniu z bliska wspomnianego Placu Hiszpanii (Plaza de Espana), sarkofagu Krzysztofa Kolumba w tutejszej katedrze oraz wizycie w morskim muzeum Sewilli, gdzie akurat świętowano 500-lecie morskiej wyprawy Ferdynanda Magellana dookoła świata, który właśnie stąd, z Sewilli wypłynął odkrywać nowe lądy.

Mnie się to niestety nie udało, bo zamiast ustanowić mój nowy „Personal Best” znowu z powodu „lutowego” upału pobiegłem poniżej moich oczekiwań. Chociaż Sewilla okazała się piękniejsza, niż mogłem to wcześniej przypuszczać, to pewien niedosyt jednak pozostał. Może więc, jeszcze raz na maraton w Sewilli powrócę. I może wtedy będzie chłodniej. 😊


