Mój czwarty „Majors” zaliczony – maraton w Tokio

To najciężej wywalczony medal w mojej, długiej maratońskiej karierze. Kilka godzin walki z dokuczliwym bólem barku, strasznym upałem i bardzo wymagającą trasą. Nigdy, na żadnym z moich maratonów nie widziałem tylu biegaczy leżących na asfalcie pod opieką medyczną. Wczoraj w Tokio temperatura w cieniu sięgała 25 stopni, a w słońcu, które paliło niemiłosiernie, było chyba ze 40. Mimo wszystko jestem szczęśliwy, bo czwarty „Majors” zaliczony, więc zostały jeszcze tylko dwa – Boston i Chicago. Może wtedy pogoda będzie łaskawsza, a mnie się nic „bolącego” nie przytrafi.

    Generalnie rzecz biorąc, trasa maratonu w Tokio jest uważana za raczej płaską, z przyrostem wysokości 60 metrów w górę i jej spadkiem o 98 metrów. Chociaż tokijski maraton nie ma spektakularnych podbiegów, ale duża liczba zakrętów, a także liczne mikro wzniesienia oraz zbiegi wymagają od biegaczy zachowania dużej czujności na całym dystansie. Tego typu techniczne niuanse sprawiają, że trasa maratonu w Tokio wymaga nie tylko szybkości, ale także umiejętności płynnego radzenia sobie z nieustannymi zmianami tempa. Mnie osobiście, te tokijskie pagórki, których było całe mnóstwo umęczyły – w tym, marcowym upale – straszliwie. Ciekawe, że nazajutrz po maratonie temperatura w Tokio wynosiła około 10 stopni i padał rzęsisty deszcz, ale jak widać powiedzenie „z marcu jak w garncu” sprawdza się również w Japonii, tylko szkoda, że akurat w dniu mojego maratonu…

   „The Tokyo Marathon course symbolizes the past, present and the future of Tokyo.” – jak uważają jego organizatorzy. I rzeczywiście tak jest, bo uczestnicy maratonu przebiegają obok zabytkowych świątyń japońskiej stolicy, budynków wzniesionych po otwarciu Japonii na świat w 1873 roku oraz takich symboli nowoczesności jak wysoka na 333 metry wieża Tokyo Tower wraz z mnóstwem innych wieżowców.

    Maratoński poranek w Tokio był jeszcze stosunkowo chłodny  – było 10-11 ⁰ stopni, a więc prawie maratoński ideał pogodowy. Tylko, że wtedy słońce było jeszcze za chmurami. Potem wyszło…, no i się zaczęło. Temperatura błyskawicznie poszybowała do ponad 24 stopni i zrobiło się naprawdę gorąco. Nie przyzwyczajony do takiego upału na początku marca (jak kilka dni wcześniej wylatywałem z Polski to było ok. 2 stopni) z trudem oddychałem i czułem jak z każdym kilometrem opuszcza mnie energia. Do „połówki” było jeszcze jako tako, ale potem zaczęły się schody, bo do trudności z oddychaniem dołączyło drętwienie i coraz większy ból prawego barku. Po 30 km ból i odrętwienie barku było już tak duże, że nie byłem w stanie w ogóle ruszać prawą ręką, która była jak sparaliżowana. Przestałem wówczas już walczyć o jakikolwiek czas i pragnąłem jedynie ukończyć tokijski maraton, bo to był mój czwarty „Majors”, na który przeleciałem pół świata oraz spełnienie mojego marzenia o podróży do Japonii.

   Pierwsze wrażenia były takie, że Japonia, którą zobaczyłem przeszła moje najśmielsze oczekiwania, daleko wykraczające poza stereotypowe dla tego kraju wyobrażenia o gejszach, samurajach i najnowocześniejszej technice audio-wideo. Japonia okazała się dla mnie niezwykle interesująca, piękna i inspirująca, a jej kultura i codzienne obyczaje zachwycające (np. w metrze gdzie nikt się nie tłoczy i wszyscy grzecznie stoją w kolejce do drzwi pociągu, który zawsze zatrzymuje się w tym samym miejscu). Japońskie jedzenie jest przepyszne, czystość wszechobecna, a organizacja życia codziennego, zakupów i transportu jest wręcz perfekcyjna. Nie inaczej było z organizacją samego maratonu – żadnych kolejek do odbioru pakietów startowych, żadnego tłoku na expo – mimo ogromnej liczby jego uczestników sięgającej blisko 40 tysięcy.

Kto biega maratony ten wie, że na prawie wszystkich maratonach toalety przed biegiem są bardzo oblężone… Ale nie w Tokio, gdzie było ich tyle, że kolejek do toalet prawie wcale nie było, a poza tym zatrudniono do ich obsługi prawdziwą armię wolontariuszy w wieku od kilkunastu do chyba 85 lat ! 😊 Wszyscy byli uśmiechnięci i gotowi do niesienia wszelkiej pomocy startującym maratończykom.

 

Przewijanie do góry