Miało już więcej nie być samotnych etapów, ale ten dzisiejszy – przedostatni, taki właśnie był. Od początku do końca przebiegłem go sam. Ale w sumie to i dobrze, bo po co inni ludzie mieliby oglądać dwóch dorosłych facetów, którzy ściskają się z radości i sobie płaczą gdzieś w lesie… A tak właśnie dzisiaj było, jakiś kilometr przed miejscowością Stękiny, dwadzieścia parę kilometrów przed Olsztynem.
To właśnie tam przypadał ten okrągły, 1000-czny kilometr wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013″. Nie będę ukrywał, że radość moja i Grześka była ogromna. Cieszyliśmy się jak dzieci, ale też nie wstydziliśmy się łez, bo nikogo przy nas nie było. Najpierw Grzesiek wyczyścił szczotką (skąd on ją miał ?!) kawałek leśnej ścieżki, gdzie się zatrzymaliśmy, aby uczcić ten moment, po czym specjalną (zmywalną) farbą wymalował napis: 1000 KM. Potem ja dopisałem resztę. Wreszcie obaj się uściskaliśmy i sobie trochę popłakaliśmy. 🙂 Bo wtedy sobie przypomniałem, te wszystkie, ciężkie chwile na trasie, kiedy dopadały mnie psychofizyczne kryzysy, kiedy opuszczały mnie siły, albo po prostu następnego dnia rano, nie chciało mi się już biec dalej. Kiedy kolejne kilometry wlokły się niemiłosiernie, a ja nic nie mogłem z tym zrobić, bo „taplałem się” w pośniegowym błocie, sam jeden na szosie naprzeciw całego stada TIR-ów. Albo wtedy, gdy brodziłem w śniegu po kostki, na zmianę z błotem, próbując pokonać długi odcinek trasy w mazurskim, szczerym polu. Lub kiedy to biegłem całymi kilometrami przez las, gdzie śniegu było po kolana, a ja podążałem koleinami kół naszego samochodu, które dopiero co wytyczył Grzesiek. Przypomniałem też sobie, jak walczyłem z porywistym, lodowatym wichrem wiejącym prosto w twarz, albo ze śniegiem padającym poziomo… A także wiele dni walki z dokuczliwą, bolesną kontuzją, która chwilami uniemożliwiała mi nawet zwykłe chodzenie. To wszystko było i minęło (kontuzja niestety nie…), ale dziś jest to już mało ważne. W końcu, nikt mi nie obiecywał, że będzie łatwo. I nie było, więc dzisiaj nie użalałem się zbytnio nad sobą, tylko przypominałem sobie – te trudne chwile.
Przypominałem sobie również, całe mnóstwo wyrazów wsparcia i zachęty oraz bezinteresownej pomocy ze strony ludzi, których wcześniej nigdy w życiu na oczy nie widziałem ! Dostawałem od nich e-maile, sms-y, pisali też na stronie biegu swoje komentarze, które czytałem z prawdziwą radością, bo mnie bardzo podnosiły na duchu. Niestety, byli również i tacy, którzy dobrze mi nie życzyli i wręcz chcieli, aby mi się nie udało, żebym się złamał i nie ukończył tego biegu, bo wtedy pewnie byliby zadowoleni. Ale na szczęście nie będą, bo jutro pokonam te kilkanaście ostatnich kilometrów do mety, nawet ze sztywną, lewą nogą. Nic mnie już bowiem nie zatrzyma.
Ostatnie kilka kilometrów dzisiejszego etapu (już po tym 1000-cznym) pokonałem bardzo szybko, słuchając w kółko jednej i tej samej piosenki (jutro napiszę jakiej 🙂 oraz rozmyślając intensywnie nad tym wszystkim. Powoli bowiem do mnie docierało, czego właśnie dokonałem w swoim życiu, ile wysiłku mnie to kosztowało i czy naprawdę warto było? Czy zrobiłbym to jeszcze raz, gdybym wiedział jak będzie ? A w ogóle, po co to wszystko było i co teraz będzie dalej ? Tego rodzaju pytań kłębiła się w mojej głowie cała masa, jednak odpowiedzi znajdowałem niewiele. Myślę, że to dlatego, iż to wszystko jest jeszcze zbyt świeże i musi upłynąć pewien czas, abym mógł się do tego zdystansować i zdobyć na głębszą refleksję. Może wtedy, będę w stanie na każde z tych pytań sensownie odpowiedzieć. Dzisiaj nie potrafiłem. Na szczęście w pod-olsztyńskich Wrzesinach byłem o czasie, skąd jutro w południe wystartuję do ostatniego etapu wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013″. Zamiast relacjonować resztę dzisiejszego, dość krótkiego (tylko 19 km) i w miarę łatwego etapu (choć warmińsko-mazurskich górek trochę było, a jakże !), przytoczę poniżej pewną historię, którą jakiś czas temu opisywałem. Niektórzy może ją znają, ale większość osób czytających moje wpisy na tej stronie, z pewnością jej nie zna. Oto ona…
Ta historia zaczęła się 11 lat temu, kiedy Japończyk Hiromu Inada przeszedł na zasłużoną emeryturę w wieku 69 lat i z braku lepszego zajęcia, zaczął uprawiać sport, czego wcześniej nigdy nie robił. Jak przystało na typowego obywatela Kraju Kwitnącej Wiśni zabrał się za to bardzo solidnie i przykładnie, trenując po 40 godzin tygodniowo, a jego ulubioną dyscypliną sportu stał się triatlon, na który jak wiadomo, składają się trzy konkurencje, czyli: pływanie, kolarstwo i bieganie. Rodzina Hiromu stwierdziła krótko mąż, ojciec i dziadek na stare lata zwariował! Ale on się tym zupełnie nie przejmował, zaliczając dziesiątki i setki kilometrów: przepłyniętych, przejechanych na rowerze oraz przebiegniętych. A cel jaki sobie postawił był też bardzo ambitny – ukończyć zawody Ironman na Hawajach (na pełnym dystansie !), czyli mistrzostwa świata w triatlonie. To było jego marzenie, które postanowił zrealizować, mimo, że inni „normalni” ludzie pukali się w czoło, jak o tym wspominał. Dla niezorientowanych warto przypomnieć, że pełny dystans Ironman’a to: 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze oraz maraton na deser, czyli 42,195 km biegu.
Hiromu jak powiedział tak zrobił i po dziesięciu latach treningów w wieku 79 lat pojechał wiosną ub. roku na zawody Ironman Korea do Jeju, które dawały kwalifikację (tzw. Slot) na wspomniane mistrzostwa świata w triatlonie w 2011 roku. Będąc najstarszym uczestnikiem zawodów w swojej kategorii wiekowej okazał się najlepszy, co dało mu przepustkę na wymarzone Hawaje. Niebo otworzyło przed nim swoje bramy ! – cieszył się Hiromu. W pierwszych dniach listopada 2011 roku leciał już samolotem do Honolulu na Hawaje, by kilka dni później stanąć na starcie Kona-Ironman, spełniając tym samym swoje największe marzenie. O siódmej rano, w gronie ponad 1800 pozostałych uczestników, Hiromu rozpoczął pierwszą konkurencję, czyli pływanie na dystansie 3,8 km na otwartym oceanie. Niestety, nie czuł się tego dnia najlepiej i nie mógł złapać właściwego rytmu swojego pływania. W efekcie, gdy dopłynął do boi wyznaczającej połowę dystansu obsługa techniczna kazała mu wyjść z wody i wsiąść do łódki ponieważ płynął zbyt wolno i nie zmieściłby się w limicie czasu. Dla Hiromu oznaczało to jedno – marzenie ukończenia zawodów Kona-Ironman „odpłynęło” w siną dal Pacyfiku. Wrócił do Japonii, ale nie rezygnował, bo marzenia są przecież po to by je spełniać ! Postanowił walczyć dalej i jeszcze tego samego – 2011 roku pojechał do Tajlandii, na wyspę Phuket by wziąć udział w kolejnych zawodach Ironman’a, które również dawały kwalifikację (ww. slot) na mistrzostwa świata na Hawajach, ale już w kolejnej edycji, czyli w 2012 roku. Hiromu w Tajlandii wystartował i po zawodach mógł zakrzyknąć jak rzymski cesarz: veni, vidi, vici ! W swojej kategorii wiekowej znowu okazał się najlepszy, zyskując po raz drugi prawo startu w legendarnych zawodach Kona-Ironman, które dla triatlonistów na całym świecie są tym samym, czym dla biegaczy jest maraton w Nowym Jorku. Do startu było jeszcze wiele miesięcy, które Hiromu przeznaczył na intensywny trening, ze szczególnym uwzględnieniem pływania, które zawiodło go przy pierwszym podejściu. Teraz trenował już jednak ponad 40 godzin tygodniowo. Pojawił się też dodatkowy problem polegający na tym, że Hiromu Inada przeszedł w tzw. międzyczasie do kolejnej kategorii wiekowej „plus 80”, w której od lat niepodzielnie rządził w Kona-Ironman ponad 85-letni Amerykanin Lew Hollander, startujący w zawodach na Hawajach od ponad 20 lat. Hiromu się jednak nie zrażał, bo najważniejsze dla niego było samo ukończenie „Kona-Ironman World Championship” – czyli mistrzostw świata w triatlonie.
I oto 13 października już wówczas Hiromu Inada z Japonii, a także starszy od niego wspomniany wyżej faworyt Lew Hollander oraz ponad 2000 pozostałych uczestników Kona-Ironman 2012 rozpoczęło heroiczne (dla amatorów) zmagania, których bezwzględny limit czasu wynosi: 17 godzin 00 minut i 00 sekund. Kto się zmieści w tym limicie otrzymuje certyfikat oraz tytuł Ironman’a. Kto się spóźni choć o sekundę tytułu już nie ma. W 2011 roku, jednej z uczestniczek zabrakło zaledwie 4 sekund!
Wchodząc po raz drugi do ciepłej wody (26 stopni !) zatoki Kona na Hawajach, Hiromu doskonale o tym pamiętał, mając nadzieję, iż tym razem popłynie na tyle szybko, że już go z wody „nie wyciągną”. I nie wyciągnęli! Pływanie (3,8 km) ukończył w czasie 1 godziny 49 minut, po czym wsiadł na rower i przejechał 180 km w czasie 7 godzin 42 minut. Gdy kończył, temperatura powietrza w Kona sięgała 31 stopni, a przed nim było jeszcze największe wyzwanie, czyli pełny maraton. Hiromu dał jednak radę i ukończył bieg w czasie 5 godzin 41 minut. Gdy przekraczał linię mety tegorocznego Kona-Ironman, zegar pokazywał: 15 godzin 38 minut 25 sekund, a więc prawie 1,5 godziny przed oficjalnym zamknięciem linii mety ! Tym sposobem, Hiromu Inada zmieścił się nie tylko limicie czasu, zdobywając swój wymarzony tytuł i certyfikat Ironman’a – ale wygrał również w swojej kategorii wiekowej, pokonując faworyta gospodarzy, zostając tym samym mistrzem świata w triatlonie w kategorii wiekowej plus 80 !!!
Ale co najważniejsze, po 11 latach treningów i wyrzeczeń, w wieku uważanym przez większość ludzi za całkowicie niesportowy, bohaterski Hiromu Inada spełnił swoje największe marzenie, dając przy okazji przykład innym – wątpiącym w siebie ludziom na całym świecie, że nie ma rzeczy niemożliwych, a marzenia są po to by je realizować ! I nie ważne w jakim wieku to czynimy ! Bo prawdziwa starość zaczyna się wówczas, kiedy wspomnienia zaczynają przeważać nad marzeniami…
