Etap 34 – Po pagórkach do Zalewa… 2013-04-23

   Nawet przez myśl mi nie przeszło, że dzisiejszy, zupełnie normalny pod względem długości etap (25,8 km), może się okazać tak trudny do pokonania. Dość powiedzieć, że jeszcze wczoraj, dokładnie taki sam dystans pokonałem w czasie 2 godzin 16 minut, a dzisiaj zajęło mi to prawie 3 godziny. Po prostu, nie dawałem rady biec szybciej. Na szczęście z tego co wiem, to był już mój ostatni… samotny etap. Na kolejnych, nie będę biegł już sam.

   Źle zaczęło się już dziać na czwartym kilometrze, kiedy musiałem wziąć pierwsze środki przeciwbólowe, żeby w ogóle biec dzisiaj dalej. W poprzednich dniach następowało to zwykle w okolicach 15-20 kilometra. Niestety, okazało się, że dzisiaj ta sama porcja środków już nie zadziała i kilometr dalej musiałem dawkę poprawić. Na całe szczęście, bo w miejscowości Rychliki czekała mnie absolutna niespodzianka, o której nawet Grzesiek nic nie wiedział (a przecież On na tej wyprawie wie wszystko !). Stała tam mianowicie, czekając na mnie, chyba ze 100-osobowa grupa dzieci i młodzieży z miejscowej szkoły pod wodzą swoich nauczycieli, w tym na przykład p. Jacka, który wczoraj, chyba jako jedyny reprezentant tej, mazurskiej miejscowości ukończył Orlen Maraton w Warszawie. Było mi niezwykle miło, więc serdecznie podziękowałem za tak gorące powitanie i ruszyłem szybko dalej, bo właśnie środki przeciwbólowe zaczęły działać.

   Prowadzeni sprawnie dalej przez leśniczego Mariana, z tutejszego bardzo gościnnego Nadleśnictwa Dobrocin posuwaliśmy się cały czas naprzód, choć ja dzisiaj nie byłem wyraźnie w najlepszej formie. Być może, przyszło mi zapłacić za wczorajsze, „ściganie” z biegaczami z Pasłęka, a główny rachunek postanowiła mi za to wystawić…moja lewa noga.

   Chociaż potem, zaczęły także łapać mnie skurcze (miewam je bardzo rzadko)i dokuczało prawe ścięgno Achillesa, które jeszcze wczoraj przypomniało mi o swoim istnieniu. Wszystko też być może dlatego, że mniej więcej od połowy dzisiejszego etapu, zaczęły się tutejsze pagórki, ale dosłownie jeden za drugim ! Po prostu nie było nic płaskiego ! A przecież, byłem już niemal pewien, że Mazury „pogarbione” (czyli te Garbate) zostawiłem chyba gdzieś pod Węgorzewem ? Okazuje się, że jednak nie… A może te wszystkie dolegliwości pojawiają się właśnie teraz, bo mój organizm został zaprogramowany na 1000 km biegu, do którego końca powoli się zbliżam ? Jutro przecież pęknie 900 kilometrów ! Nie wiem, w każdym razie obecnie, czuję już dosłownie każdy jeden, dodatkowy kilometr powyżej codziennych, „regulaminowych-25°” ! A na początku, „Mazury Tour 2013″ wcale tak nie było…

   Słońce dzisiaj dawało ostro i nie było ani jednej chmurki na niebie, choć wiatr był naprawdę duży. Wbiegałem na jeden pagórek, a za nim widziałem już kolejny, i tak aż do samego Zalewa. Po drodze jednak mijałem trochę różnych miejscowości, takich na przykład jak – Kreki lub Wielki Dwór, gdzie wprawdzie żadnego dworu nie zauważyłem, ale niemal wszystkie drzewa były oblepione plakatami firmy finansowej, oferującej pożyczki gotówkowe „W lot!”. Ponieważ, już wcześniej w trakcie dzisiejszego etapu widziałem podobne reklamy innych firm tego typu, to zacząłem się nad tym zastanawiać. Z tego, co się dowiedziałem to bardzo biedna okolica, gdzie niewielu ludzi ma jakąś stałą pracę. Na co więc liczą firmy oferujące tutaj tego rodzaju usługi finansowe ? Mam nadzieję, że nie na naiwność tutejszych mieszkańców…

   Ale we wspomnianym wcześniej Wielkim Dworze natknąłem się jeszcze, na posterunek Ochotniczej Straży Pożarnej ozdobiony oryginalną figurką strażaka oraz jakże mądrą maksymą starożytnego Arystotelesa, wykutą w marmurowej tablicy: „To, co wciąż robimy stanowi o nas”. No powiem szczerze, że wszystkiego mogłem się  spodziewać w tej, położonej z daleka od uczęszczanych przez turystów szlaków, mazurskiej wiosce, ale nie tego rodzaju, starożytnej mądrości ! 😊 Ale widocznie, komuś tutaj się bardziej „chciało”, podobnie jak w niedalekich Bądkach, gdzie przybywających i odjeżdżających, witały i żegnały kamienne studnie z ładnie wykonanymi w drewnie napisami: „Bądki witają” oraz „Bądki żegnają”. Jakże to było dla mnie miłe.

   Ciekawe, że w trakcie tych już prawie 900 przebiegniętych kilometrów spotkałem też na Mazurach miejscowości, które nawet nie miały tablicy z własną nazwą. W dwudziestym pierwszym wieku i to w kraju należącym od lat do Unii Europejskiej. Zauważyłem też pewną prawidłowość, że im bardziej zapuszczona i brudna jest dana miejscowość, tym ma więcej dziur w miejscowej drodze oraz wałęsających się przy niej psów z okolicznych gospodarstw, które puszczone samopas atakują tam przybywających. Dzisiaj również, kilka razy miałem do czynienia z podobnym zjawiskiem, ale już się nauczyłem, że jeżeli we wsi są chodniki i tablice z nazwami to żaden pies mnie nie pogryzie. Jak jest brudno i nieciekawie, to muszę być naprawdę czujny gdy biegnę przez takie miejsca.

 

Przewijanie do góry