ETAP 18 – W pięknym Ełku…2013-04-06

   Jak mi się dzisiaj nie chciało biegać ! Pytałem nawet rano Grześka, czy naprawdę muszę ? Odpowiedział stanowczo, że bezwzględnie tak i… nie ma przebacz! W końcu, za pięć dwunasta „delikatnie” wyprosił mnie z ciepłego samochodu. A na dworze było tak zimno! Chyba ze 3 stopnie mrozu (6 kwietnia !).

   Rano oglądałem prognozę pogody w której mówiono o nadejściu wiosny, więc stwierdziłem, że może się dostosuję i zdejmę jedną parę getrów, co też uczyniłem. Ale jak tylko wyszedłem z domu to panujące na dworze zimno odczułem tak przenikliwe, że te drugie getry natychmiast ubrałem. Ruszyłem zgodnie z planem i po czterech kilometrach biegu byłem już w Ełku, czyli w największym mieście regionu na trasie „Mazury Tour 2013”. I to w naprawdę pięknym Ełku! Nigdy wcześniej w tym, 60-tysięcznym mieście nie byłem, ale wczoraj po południu sobie go trochę obejrzałem, gdyż złożyliśmy z Grześkiem wizytę na tutejszym basenie (o przepraszam, parku wodnym !), celem zaznania dobrodziejstw odnowy biologicznej… Położone amfiteatralnie nad dużym jeziorem miasto wygląda naprawdę atrakcyjnie, Ładne, zadbane budynki, ciekawe centrum i całe mnóstwo placówek handlowych. Wprawdzie jezioro jest nadal zamarznięte, ale nie trudno było sobie wyobrazić las masztów, zacumowanych przy brzegu żaglówek. Uznałem, że latem musi być tutaj przepięknie ! Chyba mógłbym w tym Ełku mieszkać…

   Na pierwszych kilometrach dzisiejszego etapu biegło mi się dosyć ciężko. Z początku było zimno i nawierzchnia taka sobie (głównie nieodśnieżone chodniki na przedmieściach Ełku), wiec biegłem skrajem jezdni, co nie wszystkim kierowcom się podobało…. Po około dwóch kilometrach biegu przez miasto, a raczej jego obwodnicę dotarłem w końcu tam, gdzie bardzo się obawiałem, czyli na krajową „16-tkę” główną droge regionu Warmii i Mazur. Od początku wyprawy biegowej „Mazury Tour 2013” starałem się tej drogi unikać, ale dzisiaj się niue dało. Całe szczęście, że dzisiaj była sobota i ruch na tej szosie był mniejszy niż zwykle, bo nie wyobrażam sobie, jakbym miał tamtędy pobiec w dzień powszedni, gdy jeżdżą TIR-y ?! Dzisiaj też jeździły, ale dużo rzadziej, za to kierowcy samochodów osobowych billi rekordy prędkości, a za kierownicą co drugiego mijającego mnie z impetem pojazdu siedział… sam Robert Kubica ! Chciałem zatem jak najszybciej zakończyć mój bieg po tej niezwykle uczęszczanej szosie.

   Dlatego też po 10-tym kilometrze poprosiłem Grześka, żeby się zatrzymał, bo chciałem zmienić buty. Droga była sucha i nie miała prawie żadnych dziur, ani nierówności, więc uznałem, że wreszcie nadeszła pora… Od dziesięciu dni biegałem bowiem w moich „mantrach” Salomona, które jak nawet zostały uznane butami roku w USA,  to jednak powinny wreszcie odpocząć! W końcu, nie powinno się biegać nieustannie w tych samych butach biegowych, a tym bardziej przez 12 dni z rzędu robiąc średnio po 25 kilometrów dziennie! Buty przecież, tak jak i sam biegacz muszą także odpocząć! Ja jeszcze nie mogę, ale buty zdecydowanie powinny !        Tak więc po 10-ciu kilometrach dzisiejszego etapu założyłem moje biało-czerwone „ścigacze” (czyli S-LAB-y Salomona). No i wtedy się zaczęło. Nie zakładane od dziesięciu dni buty, po prostu mnie poniosły! Od razu, pierwszy kilometr po ich założeniu „poleciałem” w tempie 4:50 min/km! Podobnie, jak kilka następnych. Wprawdzie moja lewa noga bolała niezmiennie (a wczoraj wieczorem w dodatku mocno spuchła…), to się tym nie przejmowałem. Poza tym, wyszło nie widziane od 12 dni słońce, co jeszcze bardziej mnie podkręciło ! A ponieważ te buty nie chciały same się zatrzymać, musiałem stanąć :). Po zjedzeniu batona na 15-tym kilometrze ruszyłem dalej, a mówiąc dosłownie „pofrunąłem” ! W efekcie, mój dzisiejszy półmaraton pokonałem w czasie 1 godziny 53 minuty ! No, chyba całkiem nieźle, jak po 460 km w nogach przez 18 dni bez przerwy !

Gdy o tym powiedziałem Grześkowi, to myślałem, że znowu mnie „objedzie” za to, że biegnę za szybko. Ale ku mojemu zdziwieniu stwierdził tylko krótko: „No i dobra, biegnij tak dalej, to może nogi ci się trochę „odmulą”. Więc pomknąłem dalej… niczym wiatr 😊 (23-ci kilometr w 4:45, 24-ty w 4:35 i 25-ty w 4:58 min/km !). A cały, dzisiejszy dystans, czyli 25 km pokonałem według GARMIN’a w czasie 2 godzin i 13-tu minut! A nie jak kilka dni wcześniej w 3 godziny! Można? Można ! – jak zwykł mawiać mój kolega z pracy. Nie wiem tylko, czy to zasługa tych „samonośnych” butów, czy też słońca, które wreszcie się pokazało, a może zdjęcia z siebie drugiej pary długich getrów ? W każdym razie, od 10-go kilometra biegło mi się dzisiaj naprawdę świetnie ! To dobrze, bo jutro jakwszystko pójdzie zgodnie z planem zaliczę 500-tny” kilometr „Mazury Tour – 2013″, a dalej… to już będzie z górki ! 😊

 

Niestety, z moją lewą nogą jest coraz gorzej...
Zakładam moje "ścigacze"... 🙂
Zgłodniałe żurawie szukają jedzenia. Bez skutku... 🙁
Na dzisiaj koniec ! 🙂
Przewijanie do góry