ETAP 17 Od Kopijek już na północ ! … 2013-04-05

Pogoda dzisiaj splatala psikusa. Nic nie padalo, ani nie wiało! Brakowało jeszcze tylko słońca, ale tego byłoby już chyba za wiele. I mało tego, boczna droga, którą podążaliśmy z Prostek do miejscowości Kopijki okazała się strzałem w dziesiątkę. Biegnąca głównie lasem, świetnie utrzymana asfaltowa szosa z minimalnym ruchem pojazdów.

Całymi kilometrami mogłem sobie biec środkiem tej drogi, z czego zresztą skwapliwie korzystałem, gdy tylko pojawiały się większe kałuże, bowiem na Mazurach Południowych przez które teraz przebiegam, wszystko powoli zaczyna płynąć. Nic więc dziwnego, że rozpocząłem dzisiejszy bieg w dość pogodnym nastroju mimo wczorajszego, fizycznego „upodlenia”. W nocy spałem jak kamień, a wczoraj wieczorem wcierałem „stadiopastę” w lewą nogę. Gdy w południe ruszyłem, nie było najgorzej. Noga wprawdzie bolała, ale umiarkowanie. Szło wytrzymać. Ponieważ stan drogi na Kopijki mile mnie zaskoczył podążałem przed siebie dosyć sprawnie. Cały czasbiegłem praktycznie sam. Grzesiek ciągle gdzieś mi odjeżdżał, a innych samochodów na szosie praktycznie nie było. Ludzi też, więc oddałem się rozważaniom…

Na przyklad na temat książek o bieganiu, które w życiu przeczytałem, a było ich naprawdę sporo. Czegoś mnie one nauczyły? Tak, naprawdę dużo, choć oczywiście nie wszystkie. Tych kilka, najbardziej wartościowych, które pogłębiły moją wiedzę na temat biegania, albo które zainspirowały mnie do pokonywania przeszkód i trudności, zabieram zwykle ze sobą gdy gdzieś na dłużej wyjeżdżam. Bo ciągle do nich zaglądam, albo czytam po raz n-ty wybrane fragmenty i sobie „gryzdam” czyli… podkreślam je ołówkiem. Nie ma tych naprawdę wartościowych książek zbyt dużo, ale te, które najbardziej sobie cenię to: „Biegiem przez życie” oraz „Maraton” – obie autorstwa Jerzego Skarżyńskiego (to dwie biblie” mojego biegania !). Czytałem też oczywiście Jack’a Danielsa („Bieganie metodą Danielsa”), „Urodzonych biegaczy” Christophera McDougalla oraz parę innych ważnych dla biegających ludzi pozycji, ale jednak mam teraz ze sobą inną książkę – Biegać mądrze” Richarda Benyo. To właśnie dzięki niej przekonałem się, że w moim własnym bieganiu postępowałem właściwie, czyli… mądrze.

Nigdy nie porywałem się motyką na słońce i nie próbowałem na przykład łamać 3 godzin w maratonie, bo wiedziałem, że to jest już poza moim zasięgiem. Z kolei książką, która po okresie dłuższego zwątpienia (brak satysfakcjonujących wyników…). przywróciła mi znowu radość z biegania było bez wątpienia niewielkie dziełko japońskiego pisarza Haruki Murakami zatytułowane – „O czym mówię, kiedy mówię o bieganiu.” Gdy przeczytałem, że 60-letni autor nie tylko biega maratony, startuje w triatlonach, ale jeszcze wziął udział w 100-kilometrowym ultramaratonie, to uwierzyłem, że jeszcze wszystko jest przede mną! Natomiast, książką, która po prostu zmieniła moje życie i to w wielu jego aspektach jest wielokrotnie już cytowane tu przeze mnie dzieło Scotta Jurka – „Jedz i biegaj”. Gdy co pewien czas, czytam wpisy ludzi z całego świata na jego internetowej stronie to rozumiem, że stało się tak nie tylko ze mną…

Wracając jednak do dzisiejszego etapu, to byłem w siódmym niebie, gdy dotarłem do Kopijek, bo stamtąd dalsza trasa „Mazury Tour 2013” prowadzi już na  północ, więc liczę po cichu, że również i pogoda się polepszy ! W końcu może należałoby już zdjąć z siebie kurtkę z windstoperem! Przecież to jest już piąty dzień kwietnia ! Niestety w okolicach przez które teraz biegnę jest tak „biało”, że aż oczy bolą ! W każdym razie, gdy  ciesząc się cały czas z bardzo dobrej szosy dobiegłem wreszcie do Wiśniowa Ełckiego (bardzo zadbana miejscowość !), to poczułem dosłownie w powietrzu – „zapach” jednego z największych miast regionu Warmii i Mazur, czyli Ełku. To sprawiło, że zacząłem mimowolnie przyśpieszać. 😊

Dobrze, że akurat wtedy Grzesiek gdzieś dalej odjechał (bo pewnie by mnie znowu ochrzaniał, że biegnę za szybko), bo jak jeszcze usłyszałem wtedy moją ulubioną (w dniu dzisiejszym muzykę), to „poleciałem” 23-ci kilometr w tempie równych 5-ciu minut ! Inna sprawa, że przyśpieszyłem świadomie, bo pod koniec dzisiejszego etapu, mój mięsień piszczelowy przedni w lewej nodze już bardzo mocno przypominał mi o tym, że w ogóle go mam, a pamiętałem, że jak biegnę szybciej (czyli bardziej na śródstopiu), to boli znacznie mniej. Poza tym, chciałem mieć jak najwięcej czasu na regenerację oraz na to, żeby zobaczyć Ełk, w którym nigdy wcześniej nie byłem.

Posilam się…
Ciągle „biało” wokół…




Od teraz już na północ… 🙂
Przewijanie do góry