ETAP 15 – Przez krainę rzeki Pisy… 2013-04-03
Zaczęło się całkiem nieźle. Jeszcze przed startem z Jabłoni czekała ta mnie kilkuosobowa delegacja z Nadleśnictwa Pisz oraz dwaj przedstawiciele lokalnych mediów, z których jeden postanowił trochę się ze mną przebiec…
Pogoda dopisywała, choć słońca nie było (prawdę mówiąc już nie pamiętam, jak ono wygląda). Po prostu nie padało i nie wiało, czyli jak na dotychczasowe warunki pogodowe „Mazury Tour 2013″ było naprawdę super!
Ruszyliśmy w samo południe, we trójkę, bo do mnie i red. Łukasza (z Tygodnika Piskiego), dołączył jeszcze Pan Zbyszek z Nadleśnictwa Pisz. Dzięki nim poruszaliśmy się dość sprawnie ulicami rozległego miasta Pisz, a dzięki ich radom zmieniliśmy też nieco dzisiejszą trasę, gdyż ta moja-pierwotna mogła być na pewnym odcinku całkowicie nieprzejezdna. Biegliśmy trochę wolniejszym tempem, żeby sobie porozmawiać. A było o czym…
Dowiedziałem się na przykład, że Nadleśnictwo Pisz ma 37 tysięcy hektarów lasu i należy do największych w Polsce, a w tutejszej Puszczy Piskiej żyją rysie, wilki, dziki, jelenie, o mniejszych zwierzętach już nie wspominając. Nie ma tu jedynie żubrów.
Rozmawialiśmy też o trudnej codzienności, dwudziestokilkutysięcznego Pisza (leżącego nad rzeką Pisą), gdzie obecna stopa bezrobocia sięga 35 procent (!) jest tylko jeden większy zakład przemysłowy, a mnóstwo młodych ludzi już stąd wyjechało do większych miast w Polsce, albo na zachód Europy. Łukasz opowiadał mi też o miejscowym życiu sportowym, które praktycznie nie istnieje z wyjątkiem garstki zapaleńców, którzy próbują z ogromnym trudem zorganizować jakiś niewielki wyścig rowerowo-biegowy, ale nie mają wsparcia lokalnych władz, ani sponsorów idzie to im, jak po grudzie. W całym mieście jest jedna mała pływalnia i jeden „orlik”. Kino było, ale padło. Smutne, ale prawdziwe. Patrząc z tutejszej perspektywy, na codzienne życie młodych Polaków pokazywane w niektórych głupawych serialach telewizyjnych można odnieść wrażenie, że pokazują jakąś wirtualną rzeczywistość! W każdym razie ta, tutejsza jest zupełnie inna. Niemniej jednak z mojej, biegowej perspektywy, powiem krótko, warto było przebiec te kilkaset kilometrów, aby dotrzeć do Pisza i się o tym osobiście przekonać. Poza tym, samo miasto jest naprawdę ładne, choć jak na mój gust było tam chyba trochę za dużo sklepów typu – „Alkohole świata” – w samym centrum w promieniu kilkuset metrów naliczyliśmy z Grześkiem, aż pięć tego typu placówek handlowych. Ale wróćmy do dzisiejszego biegu.
Po przebiegnięciu przez Pisz oraz jego dalekie przedmieścia, gdzie pożegnał nas Łukasz po 11 km), ruszyliśmy z Panem Zbyszkiem dalej przez las, a potem miejscami całkowicie rozmiękłą, polną drogą. Mimo, że miałem ochraniacze-stuptuty umorusałem moje buty (ciągle te same, salomonowe „mantry”) wręcz niemiłosiernie. W końcu dotarliśmy do miejscowości Babrosty, gdzie z dużą ulgą wybiegłem już na asfaltową szosę prowadzącą do Białej Piskiej. Niestety, ulga trwała krótko, bo moja lewa noga natychmiast przypomniała o sobie ! Wcześniej było w miarę ok, bo biegłem po miękkiej nawierzchni. Teraz niestety, czekało mnie 12 km biegu po twardym asfalcie. W dodatku, przypomniał o sobie również „mój przyjaciel wiatr” i zaczął mi „pomagać” wiejąc prosto w twarz.. Nie mogłem biec szybciej, żeby zneutralizować ból, gdyż tutejsza szosa miała wyjątkowo wąskie pobocze, na której co chwila mijały mnie ciężarówki, więc musiałem bardzo uważać. Tam gdzie się dało, biegłem po miękkim poboczu ryzykując jakąś kontuzję wskutek licznych nierówności. Ale wolałem to, niż permanentny ból przy każdym uderzeniu lewej stopy o asfalt. Po wczorajszej, telefonicznej konsultacji z fizjoterapeutą wiem, że wskutek wcześniejszego poślizgnięcia musiałem najprawdopodobniej naciągnąć/naderwać sobie mięsień piszczelowy przedni. Może i tak, ale co to zmienia ? Przecież i tak jutro muszę biec dalej…
Wskutek tego, że nie mogłem biec szybciej, te ostatnie dwanaście kilometrów do Białej Piskiej dłużyło mi się strasznie! W dodatku, znowu zaczęły się pagórki. Na szczęście, kilka kilometrów przed Biała Piską zatrzymaliśmy się w miejscowości Kaliszki, gdzie kilkoma łykami Vitargo oraz zjedzeniem całego banana uczciłem mały jubileusz w postaci przebiegnięcia okrągłych – 400 km – pokonanych w czasie 15 dni trwania
„Mazury Tour 2013″! Do mety zostało jeszcze „tylko” 600 km. Szkoda jedynie, że prognoza pogody na najbliższe dni jest znowu tragiczna! Od jutra, kolejne opady śniegu i śniegu z deszczem. Ale czy ktoś mi obiecywał, że będzie łatwo ? Nie myślałem jednak, że będzie aż tak trudno…
