ETAP 14 – Wokół głowy byka z rogami…2013-04-02

To był naprawdę wspaniały etap Mazury-Tour ! Nie padało i nie wiało ! I byłoby po raz pierwszy naprawdę fantastycznie, gdyby nie wciąż boląca lewa noga. Mimo tego, pierwszy etap na podlaskiej ziemi leśnej okazał się naprawdę wspaniały. A zaczęło się od kompletnego zaskoczenia…

Oto bowiem leśnicy z Nadleśnictwa Maskulińskiego postanowili uczcić mój biegowy start na ich terenie w sposób szczególny. Rano, gdy dojechaliśmy na miejsce startu, czekał tam już na mnie… zespół sygnalistów myśliwskich pod nazwą „Galindowe Rogi”, który odegrał specjalnie dla mnie utwór: „Trzeci marsz myśliwski”. Nie muszę dodawać, że…szczęka mi opadła, bo grali przepięknie ! Podziękowałem bardzo, jednak czas naglił. Trzeba było wykonać moją d zisiejszą „robotę”, czyli kolejne 25 km, a mogło być przecież różnie, gdyż bolącą nogę poczułem już na schodach, gdy schodziłem do samochodu. Ale z początku nie było, aż tak źle. Punktualnie w południe, ruszyliśmy – ja oraz dwaj towarzyszący mi biegacze – reprezentanci tutejszego nadleśnictwa, czyli Marcel i Mateusz.

Kilometr za Karwicą wbiegliśmy do głębokiego lasu i mimo licznych obaw, że nie damy rady, bo śniegu było za dużo, a dukt leśny będzie nieodśnieżony, biegło nam się świetnie ! Z przodu jechał Grzesiek, który „zakładał ślad”, a my biegliśmy za nim głębokimi koleinami opon naszego samochodu. A wokół, przepiękny, leśno-zimowy krajobraz ! Cały czas gadaliśmy! Mateusz opowiadał mi na przykład o sukcesach reintrodukcji rysia na
terenie tutejszego nadleśnictwa, jak też o tym, że rysiów jest coraz więcej, a niektóre z nich (mimo, że to zwierzęta bardzo płochliwe) nawet nie boją się ludzi i komuś udało się nawet zrobić jednemu z tych rysiów zdjęcie, jak sobie leżał na leśnej ławce… Dowiedziałem się również, że jezioro Nidzkie, leżące w krainie Wielkich Jezior Mazurskich, przypomina kształtem głowę byka z rogami. Gdy spojrzałem jeszcze raz na mapę, nie miałem żadnych wątpliwości, że to prawda. W doskonałych nastrojach (mimo śniegu, miejscami po kolana) dobiegliśmy do miejscowości Turośl, gdzie zaczynał się już asfalt. Bieg po śniegu mocno amortyzował każde uderzenie stopy, dzięki czemu moja lewa noga prawie nie bolała ! Ucieszyłem się tym niezmiernie, bo uznałem, że ta moja kontuzja już sobie… poszła ! Niestety. Gdy tylko wybiegliśmy na asfalt w Turośli, zaczęło się znowu. Nie mówiłem nic towarzyszącym mi chłopakom, żeby nie psuć im biegu, ale z każdym krokiem było coraz gorzej. Na krótkim postoju na 15 km, Grzesiek tylko popatrzył mi w oczy i zapytał krótko: „Co, znowu boli ?”. Bolało, jak cholera, więc żeby w ogóle biec dalej, po pierwsze przyśpieszyłem (bo
wtedy kontakt stopy z asfaltem był krótszy), po drugie zacząłem stosować opatentowaną wczoraj technikę biegową, polegającą na tym, że prawą nogą biegłem normalnie (z wykorzystaniem pięty przy lądowaniu), a lewą tylko na śródstopiu (za radą Grześka). Wyglądało to z pewnością nieco pokracznie, ale pomagało.

Marcel i Mateusz przebiegli ze mną dzisiaj w sumie, aż 19,5 km, czyli najwięcej jednorazowo w ich życiu, mimo, że obaj biorą udział w biegach na orientację. Było mi naprawdę bardzo miło z tego powodu !
Dalej, podążyłem już sam, obserwowany bacznie przez mojego dzielnego kompana Grześka, który ciągle sprawdzał, czy aby nie biegnę za szybko. Ale co miałem mu mówić, że szybsze bieganie po prostu mi pomagało. Gdy znalazłem się już sam na biegnącej skrajem jeziora Nidzkiego oraz Puszczy Piskiej szosie, gdzie zgodnie z moimi przypuszczeniami, Endomondo nie działało (dlatego nie było dzisiaj transmisji biegu na żywo”), w słuchawkach zagrał przebój Barry White’a – „Let the music play”. Wtedy pomyślałem sobie o muzyce… O muzyce w ogóle i tym, co ONA znaczy w moim życiu, nie tylko tym biegowym. Znaczy ogromnie dużo ! Do tego stopnia, że mogę dzisiaj wprost powiedzieć, że bez towarzyszącej mi muzyki, chyba nie mógłbym żyć. Tak jak i bez biegania!
Muzyka towarzyszyła mi od zawsze, odkąd tylko pamiętam, gdy jako kilkuletni dzieciak nuciłem ówczesny przebój Czerwonych Gitar – „Mały miś… do lasu bał się iść”. Muzyka potrafi wzruszyć mnie do łez, potrafi dodać mi „kopa”, potrafi też zmusić do przemyśleń, a także uspokoić. Muzyka potrafi też zrobić ze mną coś najwspanialszego, czyli po prostu – przenieść mnie w marzenia! Ileż, już było w moim życiu takich utworów ! Dlatego jak biegam, muzyka jest ze mną zawsze i wszędzie ! Chyba, że padnie mi komórka :). A na końcu dzisiejszego etapu „grało” mi w uszach tak świetnie, że przez dłuższą chwilę zapomniałem o bolącej nodze i nawet nie zauważyłem, gdy już był koniec, moich dzisiejszych 25-ciu kilometrów. Tymczasem mogłem swobodnie biec dalej! Nawet z tą bolącą nogą.

 

Grają mi „Trzeci marsz myśliwski”…
Marcel i Mateusz – „gaduły straszne” 🙂

ON robił koleiny…
A my za nim biegliśmy 🙂




Dalej już sam…
Nareszcie koniec. 🙂
Przewijanie do góry