ETAP 12-W Księżym Lasku… 2013-04-01
Kiedy układałem trasę „Mazury Tour” i dodawałem kolejne miejscowości, były wśród nich takie, których nazwy od pierwszego wejrzenia bardzo mi się spodobały i chciałem te miejscowości koniecznie zobaczyć. Jedną z takich – moich, ulubionych był od początku – Księży Lasek. Dziś miałem przyjemność poznać to miejsce osobiście. Zanim jednak tam dotarłem to…
…trochę się działo. Z powodu Świąt Wielkanocnych wystartowaliśmy wcześniej niż zwykle, czyli punktualnie o 10-tej, ale już po pierwszym kilometrze się okazało, że dzisiejszy etap (26 km) to nie będzie…żaden spacerek, jak mi się wcześniej wydawało. Leśna droga, której w ogóle nie czytała nasza nawigacja, prowadziła do miejscowości Lesiny Wielkie. Dodam, że las był całkowicie zaśnieżony, więc znowu biegłem w śnieżnych koleinach, które miejscami były tak głębokie, że nie było widać moich butów. W dodatku, te koleiny były strasznie śliskie, gdyż pod cienką warstwą śniegu był wyjeżdżony lód. Biegłem naprawdę wolno i ostrożnie, cały czas bacznie uważając, aby się nie przewrócić lub nie odnieść jakiejś kontuzji. Mimo to, po około 5 km biegu po takim podłożu, pojawił się ból w lewej nodze z przodu, nieco powyżej stawu skokowego. Postanowiłem go zbagatelizować, ale niestety całkiem się nie dało… I z każdym, kolejnym kilometrem duktu w zaśnieżonym lesie bolało coraz mocniej. Dla odwrócenia swojej uwagi w Lesinach Wielkich liczyłem domostwa – wyszło ich około 15-tu i okazały kościół, więc zrozumiałem, dlaczego te Lesiny są właśnie wielkie, a nie małe 🙂
W Lesinach Wielkich ucieszyłem się jeszcze z tego, że był tam po prostu normalny chodnik i zaczynał się asfalt! Ale niestety, moja radość z tego faktu była przedwczesna, gdyż zaraz za wsią znowu wbiegłem do lasu, który wprawdzie pięknie wyglądał w tej „białej pierzynce”, ale nie wróżył też – mnie biegaczowi, niczego dobrego. Wspomniana wcześniej, lewa noga dokuczała mi coraz bardziej. Co za cholera znowu ? – gorączkowo się zastanawiałem, kiedy nagle w środku, tego zaśnieżonego, białego lasu pojawili się na środku duktu, ludzie. Chwilę później okazało się, że to byli leśnicy Nadleśnictwa Spychowo, którzy postanowili w ten jakże miły sposób, powitać mnie na granicy ich leśnego rewiru ! Dzięki temu, zapomniałem na jakiś czas, o bolącej nodze. Dalej podążaliśmy już we trójkę – tzn. Adam, Maciek i ja oraz Amarog, czyli piękny pies ras husky, dla którego wielokilometrowe bieganie jest czymś tak zupełnie naturalnym, jak dla innych jedzenie czy spanie. Noga dokuczała cały czas, choć na szczęście biegłem dzisiaj, tak jak zresztą każdego dnia w opaskach kompresyjnych jednego z moich sponsorów, czyli szwajcarskiej firmy Compressport, które w największym skrócie – stabilizują mięśnie łydki (czuć to natychmiast po założeniu !), poprawiają krążenie krwi w nogach oraz znacznie przyśpieszają regenerację tychże mięśni. Myślę, że to właśnie dzięki moim „compressom” pokonanie dotychczasowych 300 km „Mazury-Tour”, obyło się bez specjalnych problemów z nogami (odpukać !). Niestety, ten dzisiejszy ból był umiejscowiony w miejscu, gdzie wspomniana opaska już nie sięgała.
Podążaliśmy cały czas wzdłuż granicy woj. warmińsko-mazurskiego, która – jak się dowiedziałem od biegnącego obok Maćka, była kiedyś dawną granicą między Polską, a Prusami Wschodnimi przez którą to granicę miejscowa ludność szmuglowała co się tylko dało… W takim składzie, czyli 3 biegaczy oraz psa Amarog-a dotarliśmy do mojej ulubionej miejscowości – Księży Lasek, która okazała się naprawdę całkiem ładna, a jej – tak intrygująca mnie nazwa – wzięła się podobno z czyjegoś błędnego tłumaczenia z języka niemieckiego (Lasek miał być książęcy,a nie księży 🙂 Na szczęście, biegliśmy już wtedy po asfalcie, a więc już dużo szybciej niż w środku zaśnieżonego lasu, dzięki czemu niedługo potem wbiegliśmy do następnej miejscowości Klon – kończącej dzisiejszy etap, gdzie czekało nas wyjątkowe przyjęcie w postaci kibiców machających nam na powitanie (w tym również, miejscowy ksiądz-proboszcz !). I wszystko byłoby dzisiaj super, gdyby nie ta moja lewa noga, której ból nie dał się jednak zneutralizować, czyli… ”wypuścić uszami”. Pewnie jutro bez bandaża, albo dodatkowej opaski uciskowej się nie obejdzie.











