Etap 10 – Biegowego hardcoru ciąg dalszy… 2013-03-29

Było naprawdę pięknie ! Błękit nieba nad głową, słonko świeciło. Było ciepło, a ja ubrany w krótkie spodenki i koszulkę z krótkim rękawem, chyżo sobie pomykałem przez urokliwe okolice, lekko muskany przez ożywczy zefirek… Szkoda, że to tylko w myślach!

W rzeczywistości było zupełnie inaczej. Wiedziałem bowiem już przed biegiem z prognozy pogody, że wiatr będzie dzisiaj osiągał w porywach 40 km/godzinę i zacznie padać śnieg. Nie byłem więc zdziwiony, jak po wyjściu z ciepłego samochodu już po chwili przewiało mnie na wylot (byłem jeszcze nierozgrzany). Grzesiek tylko jęknął: O rany!…

Dobrze, że był Michał młody biegacz z Nidzicy, który postanowił mi towarzyszyć na  dzisiejszym etapie. We dwóch jest zawsze raźniej, a jeszcze szczególnie przy takiej pogodzie. Mieliśmy się wspierać, choć dla Michała miał to być jego najdłuższy bieg w życiu, gdyż jak do tej pory największy dystans jaki pokonał to było 21 km na ubiegłorocznym półmaratonie w Ostródzie. Liczyłem po cichu, że okaże się prawdziwym twardzielem i nie zrezygnuje z dalszego biegu, gdzieś na trasie.

Punktualnie o dwunastej ruszyliśmy. Z początku przeszkadzał nam jedynie dokuczliwy wiatr, ale już się do tego przyzwyczaiłem. Biegliśmy cały czas przez otwarte pola, więc nie było mowy, żeby rozmawiać, ani się jakoś ochronić przed tym wiatrem. Na szczęście zmienialiśmy się na prowadzeniu i kiedy biegłem za Michałem (który jest dużo potężniejszy ode mnie stosowałem tzw. drafting, czyli po naszemu mówiąc, chowałem się przed wiatrem za jego plecami. Tak dobrnęliśmy do Janowca Kościelnego, gdzie moją uwagę zwrócił piękny kościół. Chwilę później zaczął padać śnieg – najpierw delikatnie, a wkrótce potem już tylko… poziomo. I na ogół prosto w twarz. Ale to już dla mnie normalka w czas tego mazurskiego tour-u. Nasze „wsparcie techniczno-organizacyjne” widząc co się dzieje dbało dzisiaj o nas, jak dwa w jednym, czyli ojciec i matka zarazem. Tak więc Grzesiek serwował nam: żele i batony energetyczne, czekoladę z orzechami oraz ziarna kawy w czekoladzie (skąd On je wygrzebał ?), a nawet gorącą herbatę w termosie. No, krótko mówiąc: „full-wypas”.

Mimo chwilami huraganowych porywów wiatru, dzisiejsze kilometry mijały w miarę szybko. Po 15-tym zrobiliśmy krótką przerwę na odpoczynek i dałem Michałowi moją drugą parę okularów, bo padający poziomo śnieg zalepiał mu oczy. Dopiero w dzisiejszych, ekstremalnych warunkach pogodowych moja odzież Salomona pokazała ile jest warta ! Nie przemokłem nawet przez chwilę i podczas biegu nie było mi zimno, mimo uporczywych porywów lodowatego wiatru.

Gdy ruszyliśmy znowu, to dla zabicia czasu zacząłem sobie snuć rozważania (zawsze tak robię, gdy droga zaczyna mi się dłużyć). Głównie na temat upływającego czasu. Biegnąc bowiem za Michałem, zastanawiałem się, gdzie bym dobiegł w swoim życiu, gdybym zaczął biegać długodystansowo w jego wieku? Może obiegłbym świat dookoła ? Czy, aby nie jestem już za stary na takie wielokilometrowe bieganie ? W końcu, nawet oczy już nie te, co dawniej…

Ale zaraz, zaraz! Przypomniałem sobie, że Serge Girard też zaczął biegać, już grubo po 30-tce, a z Paryża do Tokio (19 tys. km w 271 dni, bez ani jednego dnia przerwy !) przebiegł mając kilka wiosen więcej, niż ja teraz. A Haruki Murakami? Najbardziej znany na świecie japoński pisarz, który w wieku 60 lat nie tylko startuje w maratonach, ale nawet bierze udział w ultramaratonach, czyli biegach dłuższych, niż 42 km ! A nasz Jerzy Skarżyński, autor poczytnych książek o bieganiu, mając ponad pięć… krzyżyków” na karku walczy o medale na mistrzostwach Europy weteranów !? Aż wreszcie przypomniałem sobie o człowieku, o którym sam jakiś czas temu pisałem, czyli o innym Japończyku Hiromu Inadze, który zaczął w ogóle uprawiać sport dopiero na emeryturze, w wieku 69 lat, a w zeszłym roku, mając już lat 80 został mistrzem świata w triatlonie (oczywiście w swojej kategorii wiekowej), na dystansie pełnego Ironman’a (czyli 3,8 km pływania, 180 km jazdy na rowerze i 42 km biegu !). Można? Można! – jak mawia, jeden z moich kolegów z pracy. Naprawdę warto biegać w każdym wieku i się tym zupełnie nie przejmować! W jakimś sensie, potwierdzeniem tej konstatacji był dla mnie dzisiejszy stan moich nóg. Po wczorajszych bólach zostało tylko przykre wspomnienie, a teraz pracowały jak dobrze naoliwiona maszyna. Mimo porywów wiatru, mogłem dzisiaj z dużą łatwością przyśpieszać tempo, co uczyniłem nawet kilkakrotnie (przebiegając na przykład 19-ty kilometr w 5:00 min/km), bacznie jednak uważając na Grześka, który pewnie zacząłby mnie zaraz ochrzaniać, że biegnę za szybko. Ale z powodu okropnej w dalszym ciągu pogody, rzadko dzisiaj zwracał uwagę na ten drobny „szczegół”… Zauważył za to dwa wygłodniałe żurawie na polu i zrobił im zdjęcie. To niestety była jedyna dzika zwierzyna, jaką dzisiaj widzieliśmy, choć podążaliśmy przecież przez tereny – bardzo dla nas gościnnego – Nadleśnictwa Nidzica, gdzie żyje podobno: 800 jeleni, ponad 400 dzików oraz, aż 20 wilków ! Niestety, nie było nam dane ich zobaczyć, bo trasa dzisiejszego biegu rzadko zahaczała o tereny leśne. Dopiero na końcu wbiegliśmy do jakiegoś większego lasu, ale w nim akurat wilków nie było. Ale to może i dobrze, bo znowu bym zaczął przyśpieszać :). A Michał okazał się być prawdziwym „twardzielem” i dobiegł ze mną do samego końca! Dziękuję bardzo Michał za ten ekstremalnie trudny, wspólny bieg ! 🙂

 

Startujemy z Michałem 🙂
Na razie tylko wiało…

Zaczyna się pogodowy Armagedon !
Teraz śnieg już padał tylko w poprzek… 🙁

Walczymy z wredną pogodą…
Krótki odpoczynek 🙂
Michał prowadzi 🙂
Nie odpuszczamy ! 🙂
Mimo wszystko, humory pod koniec nam dopisywały 🙂
Koniec pogodowego 27-kilometrowego hardcoru na dzisiaj !
Chluba Nadleśnictwa Nidzica 🙂
Przewijanie do góry