Nigdy bym nie przypuszczał, że powiat Nowego Miasta Lubawskiego jest, aż tak usportowiony! Niemalże w co drugiej miejscowości był jakiś klub sportowy, których nazwy brzmiały dla nas naprawdę intrygująco…
Jak choćby wspomniany już wczoraj – KS Wicher Gwiździny (od teraz jest to mój ulubiony klub sportowy, choć biegania tam raczej nie uprawiają…), albo na przykład Herkules Krzemieniewo ! Jak przebiegałem przez Sugajenko, to Grzesiek zaproponował, aby tamtejszy klub nazywał się na przykład: KS Tajfun Sugajenko. Od razu się zgodziłem! :). Ale kiedy dobiegłem do pobliskiego Mroczna i zobaczyłem znowu boisko kolejnego klubu, który nazywał się już po prostu – KS Mroczno, pomyślałem sobie, że o wiele lepiej brzmiałby na przykład, taki – Huragan Mroczno ! W następnym Boleszynie, ani w miejscowości Słup, klubów sportowych już nie było, ale za to w kolejnej wsi Wlewsk, zauważyłem przed sklepem spożywczym dość oryginalną reklamę: „We Wlewsku Żubr się należy !” Chodziło oczywiście o piwo pewnego browaru a ponieważ był to już mój 24 kilometr w dniu dzisiejszym, to o mało nie skorzystałem z tej oferty.:)
Ale pora wrócić do innych szczegółów dzisiejszego biegu. Pierwsze pięć kilometrów z Gwiździn, było takie same, jak w dniach poprzednich, czyli najpierw „z górki na pazurki”, a potem znowu – kolejna jeszcze wyższa góra, a za nią następna, i jeszcze jedna, itd. Czyli na tym terenie, to normalka, do czego już się przyzwyczaiłem. Sunąłem więc dalej, nie zwracając specjalnej uwagi na jakiekolwiek utrudnienia. Choćby na wiejskie psy, które już dzisiaj dawały mi o sobie znać, choć na razie jeszcze niegroźnie. A swoją drogą to nie słyszałem, aby gdzieś w krajach starej” UE, bezpańskie psy atakowały biegaczy. Widocznie jednak u nas w Polsce, musi się pod tym względem jeszcze trochę zmienić… Za to miejscowa ludność obserwowała mnie z lekkim zaciekawieniem – jakiś, tak kolorowo i dziwnie ubrany (w rajtuzach) facet, a do tego cały czas biegnie ! Reszty wolałem się raczej nie domyślać.
Poza tym, dzisiaj, podobnie jak wczoraj biegłem już znacznie wolniej niż w poprzednich dniach, co jak widzę ma bardzo pozytywny wpływ na mój stan psychofizyczny. Bo nie tylko kończę kolejny, dwudziesto-paro kilometrowy etap biegu, będąc jeszcze w miarę w dobrej kondycji, ale także nic jak dotąd mnie specjalnie nie boli (odpukać !!!). Jak będzie dalej nie wiem, ale dzisiaj „bóle błądzące” – jak je sobie nazywam, pojawiły się dopiero po 22-im kilometrze. Najpierw lewa pięta (niemal natychmiast zacząłem biec bardziej na śródstopiu), a potem lewe kolano i to z czym zacząłem ten Tour, czyli narastający ból w okolicy lewego stawu biodrowego. Ale ponieważ do dzisiejszej mety było już tylko kilka kilometrów, więc za radą Scotta Jurka wypuściłem te wszystkie bóle – „uszami”. W dodatku, za miejscowością Boleszyn było już zdecydowanie łatwiej, bo wtedy się już naprawdę wypłaszczyło. Na ostatnich kilometrach, znowu trochę podkręciłem tempo (do 5:15 min/km), bo padała mi komórka i bałem się, że wraz z nią odetnie mi Endomondo, czyli możliwość śledzenia biegu na żywo, a wiem, że już bardzo wiele osób z tej aplikacji korzysta i mój bieg obserwuje. W sumie, zdecydowanie najgorsze były dzisiaj ostatnie dwa kilometry, kiedy już wybiegłem na ruchliwą szosę: Działdowo – Brodnica (znowu TIR-y !), a lodowaty wiatr wiał mi prosto w twarz, więc mój kaptur na wiele się nie zdał. Na szczęście, meta dzisiejszego etapu była już blisko.
