Etap 5 – Susz-owe okolice… – 2013-03-25

Po dwóch poprzednich, mocno wyczerpujących ponad 30-kilometrowych etapach ten dzisiejszy miał już być „lajtowy”. To tylko 25 km, czyli Pikuś! Pogoda się nieco poprawiła, to znaczy wiało już mniej i nie było tak masakrycznie zimno, jak w ostatnich dwóch dniach.

Wiedziałem ponadto, że od początku będę miał towarzystwo triatlonistów z Susza, więc zapowiadało się, że będzie miło. Wprawdzie moje łydki po wczorajszym masażu niewiele odpuściły (wciąż zakwasy straszne…) i z dużym trudem schodziłem rano po schodach, niemniej liczyłem na to, że te bolące łydki po prostu rozbiegam na pierwszych kilometrach. Tak więc generalnie, samopoczucie przed dzisiejszym biegiem było dobre, zwłaszcza, że cieszyliśmy się wspaniałą gościną i opieką Nadleśnictwa Susz, w osobie Pana Nadleśniczego Jacka Karczewskiego, który gdyby mógł to by nam z Grześkiem prawie nieba przychylił…)

Ruszyliśmy w samo południe, w sile 7 chłopa i to… dobrze wytrenowanego chłopa”, bo złożonego z zawodników triatlonowego klubu UKS TRS Susz. Z początku jeszcze dość mocno wiało, więc… trochę dorzuciliśmy do pieca (czyli tak mocno poniżej 5 min/km), żeby się rozgrzać. Potem zwolniliśmy i tempo spadło do komfortowego dla mnie, czyli około 5:30 min/km. Mile sobie rozmawiając „łykaliśmy” kolejne kilometry.

Rozmawialiśmy głównie o triatlonach (m.in. o tym w Suszu i o tym moim w Wińcu…), trochę o maratonach w ogóle i o „Mazury Tour 2013” także. Nawet nie zauważyłem, gdy przeleciało 12 km i czas było się żegnać, bo triatloniści mieli dzisiaj jeszcze w planie trening pływacki… (sic !). Na końcu miejscowości Kisielice zrobiliśmy sobie pamiątkowe zdjęcie i dalej podążyłem już sam. Zaraz za Kisielicami zaczęły się górki, o których mi wcześniej wspominali. Z początku łagodne, ale potem coraz trudniejsze. Po ósmym podbiegu, przestałem już je liczyć. Tym bardziej, że okolica drogi kierunku na Biskupiec była bardzo piękna – głęboki las po obu stronach drogi i prawie żadnego ruchu samochodowego. Tylko ja sam na szosie, a w zasięgu wzroku mój dzielny Grzesiek w samochodzie, uważnie obserwujący jak biegnę (tzn. żeby nie za szybko) i czy, aby czegoś właśnie nie potrzebuję oraz… dzika zwierzyna ! A konkretnie daniele, których małe stadko wyszło w pewnym momencie na szosę i się nam uważnie przypatrywało. W dodatku nic nie padało, wiatr osłabł i zaczęło nawet wychodzić słoneczko. A więc, używając słów klasyka, były to naprawdę… „piękne okoliczności przyrody” !

Ale jak to w życiu bywa, równowaga musi być zachowana, więc mniej więcej kilometr dalej (od tych danieli), nagle zacząłem mieć problemy. Chwilę później poczułem, jakby mi… odcięło prąd, albo zabrakło paliwa w baku. Chyba każdy, kto biega maratony, zna to uczucie, które zwykle pojawia się w okolicach 32 kilometra.

Oto bowiem, po raz pierwszy na trasie „Mazury Tour” dopadł mnie maratoński kryzys ! Nie powiem, że nie liczyłem się z tym. Byłem niemal pewny, że prędzej czy później się ON pojawi. I prawdę mówiąc sądziłem nawet, że raczej… prędzej czyli na którymś z dwóch poprzednich, ponad 30-kilometrowych etapów. Tymczasem nic takiego nie nastąpiło. Pojawił się dopiero teraz i jak zwykle znienacka, całkiem nieoczekiwany. lleż to razy sprawdziłem na sobie, albo słuchałem opowieści kolegów biegaczy, którzy jeszcze na 30 km maratonu czuli się świetnie, a kilometr dalej było już wszystko…”pozamiatane”. Dokładnie tak samo było dzisiaj ze mną za Kisielicami gdzie siły mnie opuściły, w dodatku zaczęła w takiej sytuacji pracować intensywnie głowa, podsuwając mi coraz bardziej czarne myśli: a to, że porwałem się z motyką na słońce, że tego biegu w ogóle nie ukończę i zawiodę wszystkich, którzy tak bardzo na mnie liczą, a także samego siebie, że byłem taki głupi i nie słuchałem wcześniej rad Grześka, który mnie ochrzaniał (i słusznie !) za to, że biegam za szybko, itd.

„Czarnowidztwo” się pogłębiało, im częściej przechodziłem do marszu, zastanawiając się nad tym, co robić dalej? Grzesiek, jako doświadczony maratończyk zorientował się błyskawicznie, co się dzieje i próbował mi jakoś pomóc. Nie chciałem jednak, ani nic jeść bo czułem się pełny, ani też pić bo już więcej nie mogłem i obawiałem się kolki. A do mety było jeszcze ok. 7-8 km i ciągle te podbiegi… Nagle zaczął mi ciążyć mój plecak, coś bolało pod lewym kolanem oraz w plecach. Nic mi się nie chciało! Nawet moje ulubione buty w których uwielbiam biegać, teraz zaczęły mi jakoś dziwnie przeszkadzać. W dodatku, ze zdenerwowania rozbolał mnie żołądek i zrobiło się naprawdę nieciekawie, bo nie miałem ze sobą żadnych środków przeciwbólowych. Gorączkowo myślałem co robić. Wtedy przypomniałem sobie zasadę „czterech kroków” Scotta Jurka, która brzmi mniej więcej tak:

Krok 1: Poużalaj się trochę nad sobą – masz do tego prawo, bo jesteś wykończony….itd.

Krok 2: Zrób chłodną ocenę sytuacji, która doprowadziła do takiego stanu rzeczy:

Krok 3: Zapytaj wreszcie siebie samego, co możesz w tej sytuacji zrobić (np. wycofać się ? – przecież to w ogóle nie wchodziło w rachubę ! Więc co pozostawało? To oczywiste, tylko bieg dalej kontynuować!);

Krok 4: Tu zacytuję autora „4 kroków” dosłownie: „Odsunąć negatywne myśli od rzeczywistości. Nie rozwodzić się nad czymś, co i tak nie pomoże !”.

Kolejne pożegnanie z gościnnymi leśnikami 🙂
Daniele na drodze… 🙂
Sam na mazurskich pagórkach…
Z triatlonistami z Susza. Oj było szybko ! 🙂
Suniemy żwawo !
Niestety, trzeba się było w końcu pożegnać…
A to moja wieczorna rzeczywistość po 5-ciu etapach „Mazury Tour 2013” – 113 km w 5 dni
Przewijanie do góry