Od pamiętnej soboty rano czułem się chyba tak samo jak wszyscy Polacy – z trudem mogłem myśleć o czymkolwiek innym niż o smoleńskiej katastrofie… Poza tym, dzień startu zaczął się dość dziwnie – nie było bowiem żadnych worków na rzeczy osobiste, które należało po prostu zostawić na podłodze w sali gimnastycznej, jednej dla wszystkich startujących – mężczyzn i kobiet. Mimo ogólnego luzu i holenderskiej tolerancji, kobiety-maratonki były nieco zakłopotane widokiem kompletnie nagich facetów paradujących w kierunku pryszniców…
Ziąb przed startem był masakryczny, więc z rozebraniem się czekałem do ostatniej chwili. Potem szybko wmieszałem się w tłum swojego sektora startujących, dzięki czemu byłem w stanie przetrwać porywy przenikliwie zimnego wiatru. W czasie biegu było już lepiej, choć na pierwszych kilometrach zbytnio się nie zgrzałem. Na szczęście założenie było takie, aby zacząć wolno. I zacząłem, ale tak wolno, że po pierwszych 5 km po prostu się przeraziłem: prawie 28 minut ! Zacząłem więc dodawać gazu i gonić baloniki pace-makerów… Pierwszy, zielony z napisem „4 godziny” dopadłem na 8-ym kilometrze, drugi – fioletowy „na 3:45” gdzieś około 15-ego kilometra. Dalej, plan był taki, żeby potem uciekać jak najdalej od tego, fioletowego balonika w pogoni za tym, kolejnym, czyli na „3:30”. O ile pierwsze z tych założeń udało się zrealizować, o tyle drugiego już nie… Mimo to, skończyłem Fortis Rotterdam Maraton 2010 z nowym rekordem życiowym, poprawionym o 7,5 minuty, ale i z pewnym niedosytem, że gdyby nie – psychiczna degrengolada spowodowana smoleńską katastrofą, gdyby nie ten cholerny wiatr oraz przenikliwe zimno to mogło być jeszcze lepiej. Znacznie lepiej ! Zwłaszcza, że tym razem nie było żadnej „ściany” ! Biegowa moc opuściła mnie dopiero na 40 km, gdy już wiedziałem, że nawet jak będę do końca maszerował to i tak, moją nową życiówkę zrobię. W sumie, wyszło nieźle, choć po cichu liczyłem na trochę więcej.
Natomiast moją logistyczną pomyłką był sam nocleg w Rotterdamie (dzień przed startem), gdyż start maratonu był o godz. 11:00, a pociąg z Amsterdamu dojeżdża do stacji Central Station Rotterdam (tuż obok miejsca startu) w zaledwie 40 minut. Co jest o tyle istotne, że oferta hotelowa, a takżee urok i atrakcje turystyczne obu miast są nieporównywalne ( z ogromną przewagą Amsterdamu :). Potem, już na mecie okazało się, że wziąłem udział w jednym z najszybszych maratonów ostatnich lat, którego ówczesny zwycięzca – Patrick Makau (Kenia) uzyskał czas 2:04:48, czyli wynik o niecałą minutę gorszy od jego rekordu świata w maratonie ! W efekcie, sam maraton serdecznie polecam, choć przy lepszej pogodzie i noclegu w przeddzień zawodów w nieodległym Amsterdamie.
