Ale w Rzymie rekordy nie padają. Zbyt wiele jest tu zakrętów i nierówności trasy (słynny bruk…), niemniej jednak to absolutny must have dla każdego, ambitnego maratończyka. Bez względu na jego wcześniejsze dokonania i poziom sportowy. Tu po prostu trzeba pobiec i być jak nieustraszony gladiator z Circo Massimo, bo w marcu w Rzymie może być już gorąco. Ja w połowie marca trafiłem na 26 stopni. Gdy wylatywałem z Polski w piątek przed niedzielnym maratonem u nas były zaledwie 2 stopnie ciepła i padał deszcz ze śniegiem. Dlatego wielu uczestnikom z północnej i wschodniej Europy, ówczesna pogoda odebrała marzenia o dobrych wynikach na mecie. Chyba każdy z nich „modlił się” tylko, aby ten maraton ukończyć. Bo łatwo nie było.
Najpierw, po 15-tu kilometrach maratonu przy placu Św. Piotra w Watykanie wyparowała ze nie cała energia (szok termiczny był zbyt duży), a potem na 26 km karetka zabrała z trasy jakiegoś „białego” maratończyka w stanie ciężkim, co bardzo mnie „otrzeźwiło”. Już nie chciałem ustanawiać nowego rekordu życiowego, ale myślałem raczej o ukończeniu tego maratonu w ogóle. Pamiętam jeszcze prawie pusty plac Piazza Navona (nie wpuszczano tam wtedy żadnych kibiców) oraz… tłum kibiców na „Hiszpańskich Schodach”. Poza tym, wiele ulic starego Rzymu z brukowanymi ulicami dawało ostro w kość, więc po 35 km kilometrze maratonu miałem już wszystkiego serdecznie dosyć. Kiedy minęła mnie grupa maratończyków z pacemaker-em na czas 4:00 h, a ja nie byłem w stanie utrzymać ich tempa – odpuściłem. Kilka minut za nimi, dotarłem do mety maratonu w Rzymie skrajnie wykończony i pamiętam jak za metą padłem na bruk Forum Romanum i leżałem tam chyba z pół godziny, zanim doszedłem do siebie.
Tydzień później szykowałem się do startu w warszawskim, marcowym półmaratonie. Spotkany na expo przed tym biegiem Jurek Skarżyński – od lat guru polskich maratończyków – kiedy mu o moim maratonie w Rzymie opowiedziałem, stwierdził krótko: doznałeś szoku termicznego i dodał – pobiegnij maraton za 2 tygodnie w Krakowie…
Zaraz, ale jak ? Po 3 tygodniach od tego rzymskiego ? – pytałem Jego i siebie. W końcu jednak stanąłem na starcie maratonu pod Wawelem i skończyłem go w moim najlepszym wówczas czasie 3:32 godziny ! 😊 Do dzisiaj nie wiem jak to się stało, ale chyba Jurek miał rację.
Summa sumarum, maraton w Rzymie okazał się jednym z moich ulubionych, mimo, że wtedy nowego rekordu życiowego tam nie ustanowiłem.
