Wszystko zaczęło się w… pubie – maraton w Londynie

Virgin Money London Marathon

   Miało być historycznie. I faktycznie było. Najpierw bowiem, w piękny i bardzo słoneczny poranek 22 kwietnia 2018 roku, punktualnie o godzinie 10:00 na dziedzińcu pałacu w Windsorze, Jej Wysokość królowa Elżbieta II wcisnęła ogromny, czerwony przycisk. Na ten właśnie moment czekała ogromna rzesza ponad 40 tysięcy biegaczy zgromadzonych w parku Greenwich pod Londynem, ruszając do walki na trasie londyńskiego maratonu – chyba najcenniejszej perły w koronie sześciu największych maratonów świata (World Marathons Majors). Najcenniejszej, bo chyba najtrudniej osiągalnej, przez co i najbardziej pożądanej.

Królowa Elżbieta II czerwonym przyciskiem w królewskim Windsorze startuje London Marathon 2018 🙂

   Wcześniej zdarzyło się to tylko raz – dokładnie 110 lat temu, aby ówczesna księżna, a potem królowa Maria (babcia aktualnie panującej Elżbiety II) wystąpiła w roli startera maratonu, co miało miejsce podczas igrzysk olimpijskich w Londynie w 1908 roku. To właśnie wówczas wydłużono dystans maratonu, do „mitycznych” 42 km 195 metrów, (albo w krajach anglosaskich do 26 mil 385 yardów), tak aby finisz ówczesnego biegu znajdował się dokładnie przed trybuną królewską. Jakiś czas potem, usankcjonował tą decyzję stosowny zapis władz Międzynarodowej Federacji Lekkiej Atletyki i od tamtej pory, każdy oficjalnie rozgrywany bieg maratoński, musi mieć dokładnie taki sam dystans 42,195 km w odróżnieniu od wcześniejszych maratonów liczących po około 40 km. I każdy kto choć raz ukończył maraton ten wie, że te dodatkowe 2 km i 195 metrów to nadzwyczaj wyczerpujący i często niebywale dramatyczny odcinek tego bardzo długiego biegu. Zdarza się bowiem, że do pokonania owego „morderczego dodatku” potrzeba niejednokrotnie znacznie więcej… głowy, aniżeli siły i wytrzymałości samych mięśni. Jakże często bowiem, właśnie na tym, końcowym odcinku maratonu tracili olimpijskie medale wielcy faworyci, a zwykli amatorzy żegnali się ze swoimi, wymarzonymi „życiówkami”, które się im wówczas wymykały.  Ale taki właśnie jest maraton – nieprzewidywalny, bardzo trudny i wymagający, co wszystko razem stanowi o nieprzemijającym pięknie tego królewskiego dystansu biegowego i otaczającej go legendzie.

Ponad 40-tysięczny tłum uczestników na starcie

   Do historycznej atmosfery 38 edycji maratonu w Londynie dostroiła się również kapryśna zazwyczaj angielska pogoda i po raz pierwszy w trakcie kilkudziesięciu lat rozgrywania londyńskiego maratonu średnia temperatura powietrza na starcie przekroczyła… 24 stopnie, co dla wszystkich maratoczyków oznacza zawsze jedno – afrykański upał i dodatkowe problemy na trasie, rosnące w miarę pokonywanego dystansu. Nie inaczej było tym razem, a organizatorzy znając prognozy pogodowe ostrzegali wszystkich uczestników maratonu przed upałem, przecenianiem swoich możliwości i apelowali o rozsądek i picie na trasie biegu. W południe grzało już niemiłosiernie – było ponad 30 stopni w cieniu, a po 30 km biegu zaczęło brakować wody na punktach odżywiania, więc do akcji wkroczyli londyńscy strażacy… 😊

Londyńscy strażacy w akcji 🙂

   Londyn po prostu przebija wszystko ! – słyszałem to wielokrotnie z ust tych, którzy zrobili już całego „Majors-a”, czyli ukończyli sześć największych maratonów świata, albo brakowało im do tego osiągnięcia jeszcze tylko jednej gwiazdki. Wreszcie, po wielu latach starań w 2018 roku mogłem sprawdzić to osobiście. Sprawdziłem i mogę potwierdzić ich słowa – Londyn jest absolutnie najlepszy, ze wszystkich maratonów jakie w życiu przebiegłem, a trochę już ich było. Tym, londyńskim rozpocząłem ich czwartą dziesiątkę…  Dlaczego maraton w Londynie zyskuje tak wysokie oceny jego uczestników ? Powodów jest wiele, z których poniżej te najważniejsze… : 😊

   Przede wszystkim za sprawą nieprawdopodobnej atmosfery całego wydarzenia, na którą składa się szereg elementów – od perfekcyjnej wręcz organizacji całej imprezy oraz samego biegu, przez niesłychanie zaangażowanych, miłych i uczynnych wolontariuszy w wieku od kilkunastu do około 70 lat (tak, a może nawet i starszych…), do ogromnych tłumów kibiców na całej trasie i to dosłownie: od pierwszego do ostatniego kilometra ! Ogłuszający doping tych kibiców z kilkoma punktami kulminacyjnymi (np. Tower Bridge, albo wokół słynnej fregaty Cutty Sark) powoduje, że biegnący czasem nie słyszą nawet własnych myśli… Wyjątkowa jest też rozbrajającą wręcz życzliwość tych kibiców wyciągających z własnych domów stoliki i koszyki z wodą, obranymi mandarynkami, pomarańczami oraz bananami. Oni dosłownie są wszędzie po obu stronach trasy – stojąc nawet na samochodach, garażach, balkonach, a także dachach niskich sklepów. I zawsze dopingują każdego maratończyka, bez względu na to czy należy do elity, czy zamyka stawkę, a także skąd pochodzi, bądź jaki ma kolor skóry. Tyle życzliwości, chęci bezinteresownej pomocy i emocjonalnego zaangażowania w imprezę biegową pod nazwą – London Marathon nie widziałem jeszcze nigdzie na świecie !  I wreszcie doping kibiców na ostatnich kilometrach maratonu w Londynie jest tak nieprawdopodobny, że podniesie nawet biegowego umarlaka… To co tam się dzieje, przebija nawet słynną aleją finiszową w nowojorskim Central Parku, czy też końcowe 195 metrów za Bramą Brandenburską w Berlinie.     

Bezproblemowy odbiór pakietów startowych przez ponad 40 tys. uczestników

   Anglicy od zawsze słynęli z umiejętności znakomitej organizacji, ale ta prezentowana przy okazji maratonu w Londynie jest doprowadzona przez nich do absolutnej perfekcji. To już nie tylko chodzi o cały sztab kierowniczy oraz armię 8 tysięcy świetnie przygotowanych wolontariuszy, z których każdy doskonale wiedział  gdzie, co i jak ma robić, żeby pomagać tysiącom maratończyków przed biegiem, na trasie i zaraz po jego ukończeniu. Dla przykładu, niezbędna kontrola służb bezpieczeństwa przy wchodzeniu do strefy startowej w parku Greenwich jest tak płynna i sprawna, że można jej nawet w ogóle nie zauważyć, a i tak zostanie wyłapany każdy kto zechciałby tam wejść bez stosownego uprawnienia, czyli posiadanego numeru startowego. O wniesieniu na ten pilnie strzeżony teren czegokolwiek innego poza przezroczystą torbą otrzymaną od organizatorów nie było absolutnie mowy. Sam park Greenwich jest zaś na tyle duży, że mimo obecności w jednym miejscu i czasie około 50 tysięcy ludzi nie czuć w ogóle atmosfery jakiegoś stłoczenia i związanej z tym niewygody. Organizatorom londyńskiego maratonu udało się też sobie tylko znanym sposobem rozwiązać odwieczny problem innych wielkich, biegów, czyli za małej (w stosunku do liczby uczestników) ilości przenośnych toalet i związanych z tych ogromnych kolejek na krótko przed startem. Tutaj kolejek praktycznie nie było, gdyż do zamykanych toalet stały głównie kobiety, a panowie korzystali najczęściej z odgrodzonego labiryntu przenośnych urynałów. Jeżeli ktoś nie wiedział jak trafić do swojego wejścia do alei startowej, albo potrzebował jakiejś pomocy, wystarczyło tylko niepewnie się rozglądać, aby za chwilę pojawił się jak spod ziemi, usłużny woluntariusz z uprzejmym pytaniem: w czym mógłbym pomóc ? Poza tym, nigdzie żadnego tłoku, ścisku, przepychanki. I wszystko punktualnie, o czasie – w czym pomagały świetnie nagłośnione komunikaty spikerów, kierujących uczestników do wskazanych sektorów, albo bramek wejściowych do bezpośredniej strefy startowej.  Krótko mówiąc – perfekcja organizacyjna ! A przecież wszystko zaczęło się tak niedawno…

Niektórzy mieli dziś swoją maratońską rocznicę 🙂

    W 1978 roku w jednym z londyńskich pubów przy zwyczajnym piwku spotkało się dwóch  dżentelmenów uprawiających bieganie i utyskujących na dość ponurą atmosferę ówczesnych angielskich biegów, w których jedynie krowy na polach oraz garstka kibiców przy drodze dopingowała grupkę 20-30 ambitnych biegaczy. Rozmawiali wówczas o tym – walijski sportowiec John Disley oraz dziennikarz Chris Brasher, a główną przyczyną ich narzekań były bezpośrednie relacje kilku innych członków klubu Raneleigh Harriers, którzy wzięli udział w maratonie w Nowym Jorku i nie mogli o tym zapomnieć, bez przerwy opowiadając o niesamowitej atmosferze tego biegu i wspaniałych kibicach. Po kilku tygodniach wysłuchiwania takich opowieści Disley i Brasher postanowili zobaczyć maraton w Nowym Jorku na własne oczy i zapisali się na jego kolejną edycję w 1979 roku. Wrócili podekscytowani i tak zachwyceni, że Chris Brasher publikując swoją relację w prasie zapytywał, czy Londyn mógłby stać się areną podobnego wydarzenia biegowego. „Mamy trasę, wspaniałą trasę, ale czy mamy serce i na tyle gościnności by zaprosić do nas cały świat ?” – pisał wówczas Brasher. Dwa lata później w 1981 roku doszło do pierwszego sprawdzianu jego słów, kiedy w pierwszej edycji maratonu w Londynie wzięło udział 7 tysięcy biegaczy, a liczba aplikacji była trzykrotnie większa.  Od tamtej pory łączna liczba biegaczy, która ukończyła londyński maraton sięgnęła już blisko 1,1 mln osób, zaś liczba zgłaszanych każdego roku aplikacji przekroczyła niedawno już 400 tysięcy ! Zapraszanie świata do Londynu udało się równie znakomicie, gdyż w niemal każdej edycji maratonu startują biegacze z około 140 krajów świata, a ponadto sam bieg jest pokazywany na żywo w telewizjach blisko 200 krajów świata.

Mój biegowy idol – MO Farah wygrał wtedy londyński maraton. To pierwszy i ostatni raz gdy biegliśmy razem w jednym biegu, tylko ja przybiegłem nieco później niż ON… 🙂

   Trasa maratonu jest faktycznie wspaniała – płaska i bardzo szybka, sprzyjając uzyskiwaniu znakomitych rezultatów. Osnową londyńskiej trasy jest Tamiza, choć na trasie biegu znajduje się tylko jeden most – Tower Bridge (tuż za nim wypada „połówka” dystansu) będący zarazem jednym z kulminacyjnych miejsc dopingu. Dostanie się na ten most w czasie biegu graniczy z cudem, podobnie jak wokół słynnego żaglowca Cutty Sark w Greenwich, gdzie zagęszczenie kibiców na metr kwadratowy przekracza wszelkie wyobrażenia… 🙂  W dodatku, przez 33 lata trasa maratonu w zasadzie nie była zmieniana (z wyjątkiem drobnych korekt wymuszonych robotami drogowymi). W latach 1982-1993 maratończycy finiszowali na moście Westminterskim, ale w 1994 roku (podczas remontu mostu) metę przeniesiono na reprezentacyjną aleję The Mall, pomiędzy Pałacem Buckingham, a Trafalgar Square, gdzie pozostaje do dzisiaj. Na trasie londyńskiego maratonu ustanowiono kilkadziesiąt rekordów krajowych, a także kilka rekordów świata w maratonie kobiet i mężczyzn. W 2002 roku Amerykanin Khalid Khannouci przybiegł na metę w The Mall w czasie 2:05:38, a Brytyjka Paula Radcliff rok później, prowadzona przez męskich pacemaker-ów ustanowiła fantastyczny rekord świata w maratonie kobiet z czasem – 2:15:25. Dużo wcześniej, bo w latach osiemdziesiątych XX wieku, rekordy świata kobiet w maratonie ustanawiały tutaj reprezentantki Norwegii – legendarna biegaczka Grete Waitz (w 1983 – 2:25:29) oraz Ingrid Christiansen (w 1985 – 2:21:06).

Już za metą słynna aleja The Mall prowadząca od Pałacu Buckingham, gdzie od lat znajduje się meta londyńskiego maratonu

   Od wielu lat londyński maraton należy do wielkiej szóstki – World Majors Marathon, prowadzonej przez Abbott World Marathon Majors, a dostanie się na listę uczestników z tzw. ulicy graniczy z cudem (sprawdziłem to sam po wielokroć…).  Innych sposobów dostania się na londyński maraton jest kilka: od wyśrubowanej „życiówki” (to możliwość dla absolutnej elity biegaczy z obecnym wynikiem w maratonie – poniżej 2:10 godz. dla mężczyzn i około 2:30 godz.  dla kobiet) przez otrzymanie pakietu od sportowego sponsora maratonu  (to również tylko dla nielicznych…), albo wsparcie finansowe jednej z bardzo wielu brytyjskich organizacji charytatytwnych afiliowanych przy maratonie w Londynie (najmniejszy koszt to ok. 1 tys. funtów dla  wybranej organizacji + cena samego pakietu – ok. 300 funtów) do niezwykle drogich (kilkanaście tys.zł ! ) pakietów startowych skupionych w rękach oficjalnych agencji maratońskich. Tak więc, przeciętny (niezbyt zamożny) amator biegania maratonów ze świata ma niewielkie szanse znaleźć się w gronie uczestników maratonu w Londynie. Między innymi stąd, bierze się prestiż i charyzma tego, wyjątkowego biegu – bo im trudniej się do niego dostać, tym liczba chętnych stale rośnie. A zatem – powodzenia ! 😊

Słynna trasa londyńskiego maratonu 🙂
Mój londyński medal. Taki sam,  jak wielkiego MO-Faraha… 🙂
I na koniec moje zdjęcie z Królową Elżbietą II-ą… 🙂

                                                                                                               Krzysztof Szwedzik   

Słynna trasa londyńskiego maratonu 🙂
Przewijanie do góry