Biegiem pod wiatr…
Mam nadzieję, że pierwszy etap Bornholm Tour 2023 był tym najtrudniejszym, bo prawie cały czas wiało mi w twarz i okazało się, że południowe wybrzeże Bornholmu wcale nie jest płaskie. Pagórki były prawie, co kilometr. Na szczęście dopisywała pogoda.
Poza tym, pierwszy etap wszystkich moich wypraw biegowych zawsze był dla mnie najtrudniejszy, bo trzeba było nogi i całe ciało wprawić w ruch, pokonując wiele kilometrów, a potem szybko się zregenerować i być gotowym następnego dnia do pobiegnięcia wielu kolejnych kilometrów. I dzień później znowu to samo i tak dalej, itd… Tym właśnie różni się długodystansowe bieganie, które ja uprawiam od jednorazowych biegów na różnych dystansach. Wprawdzie maraton jest moim ulubionym biegiem, ale podczas wielodniowych wypraw biegowych chodzi o to, aby pierwszego dnia się nie „zarżnąć” i pobiec na tyle rozsądnie, żeby starczyło sił na kolejne dni, żeby nie nabawić się kontuzji i maksymalnie oszczędzać biegową energię, której z każdym dniem będzie coraz bardziej brakować. Na szczęście, obecny Bornholm Tour jest na tyle krótki, że powinienem dać radę bez problemu, chociaż od roku nie biegałem, aż ponad 100 km w ciągu zaledwie czterech dni.
Dzisiejszy etap zaczął się dość niewinnie, pomijając problemy z przekazem live-track na Garminie na początku biegu w stolicy Bornholmu – Ronne oraz pierwszych kilka kilometrów gdy świeciło słońce (na szczęście nie za mocno) i nie było wiatru. Później zaczęły się schody, bo… zaczęło wiać mi w twarz i okazało się, że Bornholm, gdzie nie ma przecież żadnych gór wcale płaski nie jest. W każdym razie, nie okolica, którą dzisiaj biegłem. Za pierwszym pagórkiem pojawił się następny, a dwa kilometry dalej kolejny, itd. W sumie, pokonałem ich dzisiaj co najmniej kilkanaście, mijając po drodze dziesiątki rowerzystów na ich ścieżce, którą dzisiaj głównie podążałem. Mijałem pola będące w trakcie tutejszych żniw, bornholmskie wiatraki – stare i te nowoczesne 100-metrowe, jak też charakterystyczne, kolorowe gospodarstwa wiejskie z niemal wszędzie obecną, duńską flagą.
Po drodze okazało się, że nie tylko ruch samochodowy na jednej z głównych arterii komunikacyjnych Bornholmu był znikomy (w porównaniu z naszym, krajowym w dowolnym punkcie kraju…), za to liczba rowerzystów przekraczała polskie wyobrażenia. Co więcej, każdy rowerzysta jest tutaj traktowany na równi z samochodem, który zawsze musi mu ustąpić pierwszeństwa ! Toteż, ciekawie wyglądało, gdy kilka samochodów musiało się zatrzymać na głównej szosie, żeby przez jezdnię mógł przejechać tylko jeden rowerzysta. Ja tylko biegłem, ale byłem traktowany podobnie, dlatego po dzisiejszym biegu mogę stwierdzić, że wszyscy biegacze i rowerzyści na Bornholmie mogą się poczuć, jak w prawdziwym raju ! Przynajmniej, ja dzisiaj tak się czułem. 😊
Co więcej, zaliczyłem wizytę w jedynej na wyspie winnicy, gdzie miałem przyjemność poznać jej właściciela i zarazem głównego producenta bornholmskiego wina, którego białe i czerwone odmiany okazały się wybitnie dobre (co muszę przyznać, oczywiście już po biegu 😊) ! Obejrzałem też, niestety dość pobieżnie, kilka galerii miejscowej sztuki usytuowanych tuż przy drodze, które okazały się na tyle interesujące , że na pewno coś w nich sobie kupię.
Jutro drugi etap tegorocznego Bornholm Tour, prowadzący z południa na północ między innymi przez najpiękniejsze plaże tej bałtyckiej wyspy. Jeżeli będzie tak ciekawy jak ten dzisiejszy, to będę w siódmym, „bornholmskim” niebie ! 😊
