No dobra, teraz mogę wyjawić, że przed tym startem denerwowałem się strasznie ! Ciągle myślałem o tym, czy wszystko technicznie zadziała, czy o czymś ważnym nie zapomniałem, albo czegoś nie wziąłem pod uwagę. W końcu odwrotu już nie było… Tak więc bardzo chciałem mieć już ten start za sobą ! Tym bardziej, że tuż przed samym startem czekała mnie jeszcze mała konferencja prasowa. Okazało się jednak, że wcale ona taka mała nie była, a liczba
ekip telewizyjnych, radiowych i dziennikarzy prasy całkowicie nas zaskoczyła. Po udzieleniu serii wywiadów oraz po specjalnych sesjach zdjęciowo-filmowych, kilkanaście minut po godz. 12-tej ruszyliśmy. Jeszcze przez kilka pierwszych kilometrów towarzyszyły nam dwie ekipy telewizyjne i dwóch fotografów. Dopiero przed Sząbrukiem zostaliśmy na trasie już sami.
Z początku biegło mi się świetnie. Ale zdecydowanie za szybko ! Jednak musiałem się rozgrzać szybszym biegiem, gdyż wcześniej bardzo wymarzłem przy udzielaniu tych wszystkich wywiadów oraz kręceniu zdjęć. Droga – wszędzie biały asfalt. I wąsko ! Grzesiek, jadący samochodem bał się, żeby nie zjechać do rowu, bo pobocza były całkowicie zaśnieżone. Nie padało, wiatr był słaby, ale czułem zimno na twarzy (znowu zapomniałem posmarować się kremem !). Za miejscowością Unieszewo wjechaliśmy do lasu. No i się zaczęło ! Śniegu było tyle, że nasz samochód jechał przodem, żeby zostawić mi wąskie koleiny, którymi biegłem ślizgając się niemiłosiernie, bo pod spodem był lód. Moje „salomonowe” mantry (buty) robiły, co mogły, ale w takich warunkach mogły pomóc tylko buty z kolcami. Ale kto wiedział, że takie będą jeszcze w ogóle potrzebne w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny !
Trochę kluczyliśmy, ale cały czas posuwaliśmy się we właściwym kierunku. W okolicy 20 km zacząłem już odczuwać zmęczenie w efekcie wyjątkowo ciężkiego biegania po śniegu i lodzie (dobrze, że miałem nakładki na buty). Zaczęły się też pojawiać, jak je nazywam – „bóle błądzące”, które nagle gdzieś się w ciele pojawiają i przez jakiś czasu biegu dokuczają, po czym równie nagle znikają. To są sygnały od coraz bardziej zmęczonego organizmu, żeby zaprzestać jego dalszego torturowania. Więc tymi bólami się nie przejmowałem, mając w pamięci słowa Scotta Jurka, który radził, aby taki ból…wypuścić uszami. Niestety, jeden ból nie chciał w ten sposób zniknąć i dwa kilometry przed metą dzisiejszego etapu już wiedziałem, że nie jest ze mną dobrze. Bolał mnie przyczep mięśnia w okolicy lewego biodra naciągnięty wskutek ciągłego ślizgania się po lodzie, ukrytym pod śniegiem. Zwłaszcza na podbiegach, których wcale mało nie było. Miałem już kiedyś tego rodzaju kontuzję, więc dobrze wiedziałem, czym może „pachnieć” dalsze przeciążanie nogi w tym miejscu. A ponieważ mimo tych śnieżno-lodowych warunków dystans półmaratonu (21,079 km) pokonałem poniżej 2 godzin, za radą Grześka mocno zwolniłem, przechodząc miejscami do marszu. Na szczęście do mety dzisiejszego etapu było już blisko i niebawem, dokładnie po 2 godzinach i 27 minutach biegu znalazłem się w… Ameryce. 😊 Ale tej na Mazurach, pod Olsztynem. Muszę teraz zastosować zabrane ze sobą maści i liczyć na to, że jutro już nie będzie tak ciężkich warunków terenowych, bo jeżeli miałoby być tak samo jak dzisiaj, to może być naprawdę kiepsko…Pobierz
ekip telewizyjnych, radiowych i dziennikarzy prasy całkowicie nas zaskoczyła. Po udzieleniu serii wywiadów oraz po specjalnych sesjach zdjęciowo-filmowych, kilkanaście minut po godz. 12-tej ruszyliśmy. Jeszcze przez kilka pierwszych kilometrów towarzyszyły nam dwie ekipy telewizyjne i dwóch fotografów. Dopiero przed Sząbrukiem zostaliśmy na trasie już sami.
Z początku biegło mi się świetnie. Ale zdecydowanie za szybko ! Jednak musiałem się rozgrzać szybszym biegiem, gdyż wcześniej bardzo wymarzłem przy udzielaniu tych wszystkich wywiadów oraz kręceniu zdjęć. Droga – wszędzie biały asfalt. I wąsko ! Grzesiek, jadący samochodem bał się, żeby nie zjechać do rowu, bo pobocza były całkowicie zaśnieżone. Nie padało, wiatr był słaby, ale czułem zimno na twarzy (znowu zapomniałem posmarować się kremem !). Za miejscowością Unieszewo wjechaliśmy do lasu. No i się zaczęło ! Śniegu było tyle, że nasz samochód jechał przodem, żeby zostawić mi wąskie koleiny, którymi biegłem ślizgając się niemiłosiernie, bo pod spodem był lód. Moje „salomonowe” mantry (buty) robiły, co mogły, ale w takich warunkach mogły pomóc tylko buty z kolcami. Ale kto wiedział, że takie będą jeszcze w ogóle potrzebne w pierwszy dzień kalendarzowej wiosny !
Trochę kluczyliśmy, ale cały czas posuwaliśmy się we właściwym kierunku. W okolicy 20 km zacząłem już odczuwać zmęczenie w efekcie wyjątkowo ciężkiego biegania po śniegu i lodzie (dobrze, że miałem nakładki na buty). Zaczęły się też pojawiać, jak je nazywam – „bóle błądzące”, które nagle gdzieś się w ciele pojawiają i przez jakiś czasu biegu dokuczają, po czym równie nagle znikają. To są sygnały od coraz bardziej zmęczonego organizmu, żeby zaprzestać jego dalszego torturowania. Więc tymi bólami się nie przejmowałem, mając w pamięci słowa Scotta Jurka, który radził, aby taki ból…wypuścić uszami. Niestety, jeden ból nie chciał w ten sposób zniknąć i dwa kilometry przed metą dzisiejszego etapu już wiedziałem, że nie jest ze mną dobrze. Bolał mnie przyczep mięśnia w okolicy lewego biodra naciągnięty wskutek ciągłego ślizgania się po lodzie, ukrytym pod śniegiem. Zwłaszcza na podbiegach, których wcale mało nie było. Miałem już kiedyś tego rodzaju kontuzję, więc dobrze wiedziałem, czym może „pachnieć” dalsze przeciążanie nogi w tym miejscu. A ponieważ mimo tych śnieżno-lodowych warunków dystans półmaratonu (21,079 km) pokonałem poniżej 2 godzin, za radą Grześka mocno zwolniłem, przechodząc miejscami do marszu. Na szczęście do mety dzisiejszego etapu było już blisko i niebawem, dokładnie po 2 godzinach i 27 minutach biegu znalazłem się w… Ameryce. 😊 Ale tej na Mazurach, pod Olsztynem. Muszę teraz zastosować zabrane ze sobą maści i liczyć na to, że jutro już nie będzie tak ciężkich warunków terenowych, bo jeżeli miałoby być tak samo jak dzisiaj, to może być naprawdę kiepsko…Pobierz
